Dariusz Karłowicz: Post-prawda tyranem?

15-03-2017


Oxfordzka definicja „post-prawdy” milczeniem pomija fakt politycznego zabarwienia terminu. Kiedy przyjrzeć się kontekstom w jakich kategoria post-prawdy pojawia się w mediach okaże się, że słowo to łatwiej znaleźć w opisach nagannych zachowań zwolenników Brexitu, Donalda Trumpa i przeciwników Europejskiego establishmentu niż np. Hilary Clinton, Angeli Merkel czy wysokich przedstawicieli brukselskiej biurokracji
– pisze Dariusz Karłowicz w felietonie na łamach tygodnika „wSieci”


Sądząc po ostatnim werdykcie redaktorów Oxford Dictionaries wielki powrót polityki potwierdzić mogą również językoznawcy. Jeśli za słowo roku 2013 uznali „selfie”, rok później „vape” (palenie e-papierosów), a w 2015 zwyciężyło nie słowo nawet, ale emotikon, to już wybrana słowem roku 2016 „post-prawda” - podobnie jak konkurujące z nią „Alt-right” (prawica alternatywna) czy „Brexiteer” - dowodzi, że wiatr historii wieje nawet w przestronnych czytelniach Bodleian Library. Czym jest „post-prawda”? Otóż – cytuję definicję – odnosi się do sytuacji „w których fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwołania do emocji i osobistych przekonań”. Po cóż nowe słowo? Czy nie wystarczą stare jak: „polityczna manipulacja” czy choćby tischnerowska „g… prawda”? Czy w polityce – bo o politykę tu przecież chodzi – pojawiło się coś, co uzasadnia narodziny nowego pojęcia?

Szczególnie bolesny w demokracji problem zacierania granic między dowodem a perswazją – to przecież jeden z najstarszych tematów europejskiej myśli politycznej. Umiejętność przekonania każdego do dowolnej tezy, stanowi centralną obietnicę składaną przez nauczycieli sofistyki wszystkich epok. O tym, że w świecie polityki chętnych do nauki tej umiejętności nie brakuje – przekonywać nie trzeba. Zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza tych, którzy pamiętają komunizm. Zresztą i bez wspomnień czerwonej propagandy, bez pomocy Platona i Orwella dobrze wiemy, że politycy nie zawsze mówią prawdę, że niektórzy z nich kłamią celowo i że dla wielu spośród ich sympatyków emocje czy wcześniej powzięte przekonania okazują się znacznie ważniejsze od faktów. Czy w trakcie kampanii prezydenckiej Aleksander Kwaśniewski nie deklarował, że jest magistrem? Czy wyrok Sądu Najwyższego nie potwierdził, że kandydat na prezydenta celowo wprowadzał nas w błąd? Czy bezsporny fakt, że kłamał zmienił pozytywne nastawienie jego wyborców? Czy byłby to zatem przykład post-prawdy avant la lettre? Ano niezupełnie. 

Oxfordzka definicja „post-prawdy” milczeniem pomija fakt politycznego zabarwienia terminu. Kiedy przyjrzeć się kontekstom w jakich kategoria post-prawdy pojawia się w mediach okaże się, że słowo to łatwiej znaleźć w opisach nagannych zachowań zwolenników Brexitu, Donalda Trumpa i przeciwników Europejskiego establishmentu niż np. Hilary Clinton, Angeli Merkel czy wysokich przedstawicieli brukselskiej biurokracji. Choć  termin i jego definicja sugerują, że mowa o zjawisku ponadpartyjnym, to w praktyce stosuje się je najczęściej gdy mowa o tzw. populistach i uwiedzionym przez nich nieracjonalnym ludzie. Wojna funkcjonalnej arystokracji z demosem zostawia ślad w języku, który stworzyć ma wrażenie istnienia nieznanego wcześniej zjawiska – nowego, szczególnie perwersyjnego rodzaju gwałtu na prawdzie. Za dowód służą rozmaite przykłady i dane – nie wyłączając groteskowych – jak choćby te ile razy dziennie w trakcie kampanii kłamał Donald Trump, a ile Hilary Clinton – co, jak rozumiem wyjaśnić ma dlaczego Trump, to już potworna post-prawda, gdy Clinton, to jeszcze poczciwe łgarstwo.

Swoją drogą, co bardzo zabawne, kiedy przychodzi do gorszenia się przywarami ciemnego ludu funkcjonalna arystokracja robi się bardzo konserwatywna (i obyczajowo i jak widać epistemologicznie). Samo pojęcie „post-prawda” ujawnia nie eksponowane wcześniej głębokie przywiązanie do klasycznej definicji prawdy. Bo kogóż post-prawda oburza? Czy nie wczorajszych entuzjastów tezy o anachroniczności pojęcia prawdy, wyznawców postmoderny, apostołów nowiny o wielości narracji? Tak drodzy państwo – idee mają konsekwencje.  

Ale na bok złośliwości. Choć bowiem sprawa nie dotyczy wyłącznie politycznych zachowań przeciwników establishmentu, to trudno zaprzeczyć, że coś się rzeczywiście zmienia. Polityczna wojna skutkuje formami radykalnego sceptycyzmu wobec uznanych dotąd kryteriów prawdy. Wiarygodność utracili ponadpartyjni eksperci, a ich funkcję przejęły autorytety wyłącznie plemienne. Sytuację pogarszają skrajnie spolityzowane media, które – odnieść można wrażenie – definitywnie odrzuciły hipotezę istnienia obiektywnej rzeczywistości. Czy zjawisko to zasługuje na nowe pojęcie? Z pewnością jest coś na rzeczy.

A „postprawda” jako pojęcie polemiczne – jako pałka na znienawidzonych populistów? Wiele mówi o kryzysie wywodzącego się z oświecenia modelu politycznego racjonalizmu. Mimo edukacja, nowoczesność, laicyzm i indywidualizm ludzie nie dorastają do oświeceniowego ideału – wciąż wierzą w Boga, kochają rodzinę, cenią państwo narodowe. Są rozczarowujący –  głupi i wspólnotowi. Bardzo boję się tego nastroju lewicowych elit. No oczywiście bez przesady! Na poprawienie nas z pomocą terroru i eksterminacji lewica nie ma tymczasem dostatecznych środków. Ale cenzura? Tak! Kiedy czytam filipiki pod adresem populistycznej post-prawdy czuję, że ta myśl podoba się coraz bardziej. Cenzura, która położy kres niebezpiecznym kłamstwom populistów! Piękna rzecz!

Dariusz Karłowicz

Felieton ukazał się w tygodniku „wSieci” nr 3/2017

Kod obrazkowy

© Teologia Polityczna.
Rozpowszechnianie materiałów znajdujących się na stronie możliwe za zgodą redakcji.
Copyright © 2003-2017 Teologia Polityczna