Newsletter

Dariusz Karłowicz: Szklana bania

11-04-2017


Idea informacji spersonalizowanej – wygodnej jak ubranie szyte na miarę okazuje się pułapką. To, co wydawało się cudownym sposobem radzenia sobie z natłokiem danych, unikania tego, co zbędne, irytujące, obce – utrudnia dostęp do świata
– pisze Dariusz Karłowicz w felietonie opublikowanym na łamach tygodnika „wSieci”


Wygląda na to, że po zeszłorocznej „post-prawdzie” murowanym kandydatem do słowa roku 2017 jest „filter bubble”. Pisze się o tym dużo i w tonie – na ogół – dramatycznym. Zaraz po wyborach prezydenckich w USA New York Magazine (9.11.2016) ogłosił, że to właśnie przez „filter Bubble” nie dostrzeżono zwycięskiego potencjału Donalda Trumpa. Niektórzy posuwają się do twierdzenia, że „filter buble” może zniszczyć publiczny dyskurs, położyć kres demokracji. Cóż to za potwór?  

Zacznijmy od tłumaczenia. Oczywiście „filter” to „filtr”, a „bubble”, to „bańka”. Kiedy jednak po polsku mówi się czasem o „bańce filtrującej”, to dowiadujemy się niewiele, a od sztuczności tej kalki bolą zęby. Może ktoś wpadnie na lepszy pomysł – tymczasem wolałbym chyba mówić o „bańce informacyjnej”. 

Chodzi o sytuację użytkowników internetu w tym przede wszystkim mediów społecznościowych, którzy w wyniku działania wymyślonych dla potrzeb marketingowych algorytmów wpadają w pętlę informacyjną. Internet podsuwa im linki dotyczące spraw, które ich wcześniej zainteresowały, opinie potwierdzające przyjęty punkt widzenia oraz „znajomych”, których przekonania odpowiadają profilowi ich sympatii i awersji.

Mechanizm indywidualnej oferty, dzięki któremu internauta szukający kaloszy otrzymywał oferty kaloszy, a miłośnik egzotycznej kuchni informacje na interesujący go temat – w plemiennym środowisku mediów społecznościowych – okazał się mechanizmem niszczącym sferę tego, co wspólne. Zadowolony, że dają mi to, co lubię, zachwycony nieobecnością męczących w realu „onych” z ulgą zamykam się w świecie własnych zainteresowań i poglądów. Lubię Bacha mam Bacha, lubię feminizm mam feminizm, interesuję się życiem gwiazd lub przestępczością, to niewiele innego do mnie dotrze. Nie niepokojony istnieniem puzzli nie pasujących do obrazka, nieświadomy jednostronności i zaburzonych proporcji – dostaję, to czego oczekuję. Idea informacji spersonalizowanej – wygodnej jak ubranie szyte na miarę okazuje się pułapką. To, co wydawało się cudownym sposobem radzenia sobie z natłokiem danych, unikania tego, co zbędne, irytujące, obce – utrudnia dostęp do świata.

Idzie zresztą nie tylko o media społecznościowe. Elie Pariser, twórca pojęcia i autor książki The Filter Bubble: What the Internet Is Hiding from You (2011) twierdzi, że nawet internetowa wyszukiwarka podawać może informacje selekcjonowane pod kątem użytkownika. Ta sama wpisana do googla fraza jednemu dostarczy informacji neutralnych lub życzliwych, drugiemu zaś takich, które utwierdzą go w niechęci czy wrogości.

Oczywiście nie jest rzecz nowa. Jak doskonale wiemy odizolowany – jak nazywa go Pariser – „ekosystem informacyjny” może powstać i bez pomocy internetowego algorytmu. Jeszcze w latach 90’ opisując sytuację części transformacyjnych elit Paweł Paliwoda mówił o ludziach żyjących w „szklanej bani”. Media nazwane przez Piotra Zarębę „mediami tożsamościowymi” tworzą podobną ofertę. Silne zaangażowanie po jednej ze stron politycznego konfliktu – nie tylko w sferze komentarzy, ale selekcji, hierarchizacji i redakcji prezentowanych informacji – wytwarza rodzaj filtra, który przepuszcza głównie to, co utwierdza w powziętych już przekonaniach. 

Dlaczego szklana bania stała się problemem? Po pierwsze ze względu na wzrost znaczenia internetu. Jak w Artykule w New York Times pisze Amanda Hess  („How to Escape Your Political Bubble for a Clearer View”, 3.03.2017) z zeszłorocznych badań wynika, że aż 62 procent Amerykanów czerpie informacje z mediów społecznościowych. Okazuje się, że moi „znajomi” i tajemniczy algorytm dostosowujący kolejne informacje do moich potrzeb stają się najważniejszymi redaktorami naszego nowego super-medium.

 Drugi powód wiąże się oczywiście z kwestią utraty władzy nad dyskursem publicznym. Diagnoza popularna w liberalno-lewicowych kręgach w mediach społecznościowe widzi ważną przyczynę dynamicznego wzrostu ruchów antyestablishmentowych. Jeśli jedna bańka odpowiada za to, że demokraci nie docenili Trumpa, to druga szczelnie oddziela zwolenników obecnego prezydenta od głosów krytyki. Czy można wątpić, że w najbliższych latach walka o algorytm będzie polem najważniejszych batalii politycznych?

Czy znaczy to, że cała sprawa sprowadza się do jeremiad tracących władzę elit? Nie takie to proste. Oczywiście trudno nie cieszyć widząc jak dzięki mediom społecznościowym upada monopol informacyjny funkcjonalnej arystokracji. Trudno grymasić kiedy słabnie siła politycznej poprawności, a wielkie obszary życia dotąd pomijane, parodiowane czy stygmatyzowane pojawiają się – już nie na obrzeżach, ale w centrum. Ignorowanie zalet interetowej rewolucji byłoby jednak co najmniej tak samo nierozsądne jak łudzenie się, że upadek monopolu zbliża nas do ideałów uwolnionej spod kontroli debaty publicznej. Jeśli komuś marzy się agora będąca przestrzenią realnej debaty – to z tej mąki chleba nie będzie. Upadek monopolu nie jest wstępem do dyskusji ponieważ nowy model przejął logikę starego. W miejsce szklanej bani mamy dwie, albo więcej. Pod pewnymi względami to lepiej, ale do republikańskich ideałów ciągle bardzo daleko.

Dariusz Karłowicz

Felieton ukazał się w tygodniku „wSieci” nr 12/2017

Kod obrazkowy
© Teologia Polityczna.
Rozpowszechnianie materiałów znajdujących się na stronie możliwe za zgodą redakcji.
Copyright © 2003-2017 Teologia Polityczna