Dariusz Karłowicz: Wina Trumpa

20-03-2017


Byłoby bardzo przygnębiające gdyby Niemcy, które wzięły odpowiedzialność za jeden z najważniejszych projektów w całej historii Europy – znalazły wyjaśnienie wszystkich problemów w formule: zły Trump! Bo to głupia odpowiedź
– pisze Dariusz Karłowicz w felietonie opublikowanym na łamach tygodnika „wSieci”


To, co po wyborze Trumpa dzieje się w zachodniej prasie – mówię o tej nastawionej liberalnie i lewicowo – zaskakuje nawet nad Wisłą. I nie idzie mi o skalę negatywnych emocji, ale o wielki triumf refleksji politycznej rodem z „Gwiezdnych wojen”. Skoro mamy Lorda Vadera wszystko robi się jasne. Można odnieść wrażenie, że w wyniku kosmicznej katastrofy zmianie uległ biegun aksjologiczny ziemi, powstał punkt, który odtąd pokazywać będą czarne strzałki wszystkich kompasów ideowej polityki Zachodu. Już nie Korea, Putin czy Assad, ale właśnie Trump uosabia skumulowane moce sił ciemności. Nie zamierzam omawiać barwnych form tego zjawiska, którego zasadnicze cechy znamy zresztą nieźle z naszych mediów (i naszej rzeczywistości). Martwi mnie co innego – wojna zamyka dyskusję o przyczynach niewątpliwego przecież kryzysu, osłabiając, a być może niwecząc nadzieje na jego rozwiązanie.

Nie mam wątpliwości, że istniejące napięcie, to w pewnym przynajmniej stopniu skutek politycznej strategii nowego prezydenta. Podgrzewanie konfliktu uwiarygadnia go w roli ludowego przywódcy. Bluzg Madonny czy Roberta de Niro są ważnymi głosami partytury trumpowej etiudy rewolucyjnej. Ale są tu również realne konflikty interesów. Zapowiadana zmiana priorytetów polityki nie odbędzie się przecież w próżni. Nie będę udawał sympatii do opinii Donalda Trumpa na temat aneksji Krymu. Mogę obawiać się czy koncentracja na Chinach i radykalnym islamie nie zwiększy zainteresowania nowym resetem z Rosją, który dokona się kosztem Ukrainy i naszego bezpieczeństwa. Dlaczego jednak nie miałbym cieszyć się wstrzymaniem finansowania dla instytucji proaborcyjnych? Dlaczego nie miałbym widzieć schyłku poprawnościowych bredni? Skąd pewność, że wszystko jest źle? Ano z założenia, że tak być musi. Według dobrze znanej nam reguły absolutnej negacji wszystko jest do niczego – od początku, zawsze i pod każdym względem. Czy nie kolejny to dowód, że polska polityka wyprzedza resztę świata o co najmniej 10 lat? Grzegorz Schetyna wykazał się rodzajem geniuszu nazywając, to zjawisko „opozycją totalną”. Analogia do wojny totalnej nie jest przypadkowa – żadnych jeńców, żadnych skrupułów, żadnych subtelności.

Problem z radykalną, dwubiegunową retoryką jest taki, że paraliżuje zdolności poznawcze i silnie uzależnia od rosnących dawek egzaltacji. Przyjęcie stylistyki wiecu odbiera zdolność mówienia (z czasem również widzenia) rzeczy nie dających się wykrzyczeć, a konieczność ciągłego dokładania do pieca oddala od rzeczywistości, która przecież istnieć nie przestaje. Szczególnie niepokoi mnie widoczny już skutek retorycznej histerii – utrwalanie się tezy o radykalnej nieciągłości polityki. Katastroficzny klimat obowiązującej narracji, która prezydenturę Trumpie każe pojmować jako zjawisko nieomal paranormalne unieważnia kwestię tego, co się właściwie stało. Pytanie skąd wzięła się popularność ludzi tak wstrętnych gwiazdom Hollywood może zniknąć z agendy.

Logika wojny totalnej unieważnia problem odpowiedzialności za kryzys. Zwieranie szeregów skutkuje zbiorowym rozgrzeszeniem, a samo szukanie przyczyn kłopotów nosi cechy zdrady. Nieśmiała i wcześniej dyskusja o zapomnianych ofiarach globalizacji, szaleństwach politycznej poprawności i dezaprobacie dla liberalnej polityki tożsamości zostaje wyciszona. Pytanie o źródła widocznych gołym okiem problemów Zachodu zastępuje kwestia Trumpa – kłamcy, demagoga, czarnoksiężnika. 

Doskonale widać to również w Europie – a bodaj najlepiej w Niemczech, które namaszczono na ostatniego obrońcę wartości liberalnego Zachodu.  Z agendy spada kwestia Brexitu jako wielkiej porażki niemieckiego przywództwa, znika kwestia małodusznej (by nie powiedzieć sadystycznej) polityki wobec Grecji, idiotycznej strategii imigracyjnej, utopijnej wizji jednej waluty, czy wykręcania ręki w kwestiach rozmaitych wątków z agendy rewolucji kulturowej – słowem tego wszystkiego, co sprawia, że w tak ogromną siłę wzrosły dziś żywioły radykalnie antyeuropejskie. Byłoby bardzo przygnębiające gdyby Niemcy, które wzięły odpowiedzialność za jeden z najważniejszych projektów w całej historii Europy – znalazły wyjaśnienie wszystkich problemów w formule: zły Trump! Bo to głupia odpowiedź.

Namysłu nad koniecznymi korektami porządku politycznego nie zastąpią impertynencje celebrytów, ani najśmieszniejsze nawet memy z Trumpem. Widoczne w rozdygotanym świecie dobre samopoczucie tracących władzę elit nie jest specjalnie krzepiące. To, że w czasach niepokoju wzrasta popyt na proste odpowiedzi jest naturalne, ale to że do Manesa zapisują się ci, którzy z racji swych obowiązków powinni widzieć całą złożoność świata wróży niedobrą przyszłość. Jeśli obecny porządek – po niezbędnej autokorekcie – przetrwać ma ten kryzys, to trzeba wreszcie skończyć te fochy.

Dariusz Karłowicz

Felieton ukazał się w tygodniku „wSieci” nr 5/2017

Kod obrazkowy

Pomóż teraz

© Teologia Polityczna.
Rozpowszechnianie materiałów znajdujących się na stronie możliwe za zgodą redakcji.
Copyright © 2003-2017 Teologia Polityczna