<?xml version="1.0"?>
<rss version="2.0" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title>Teologia Polityczna - Dziennik lektur</title>
		<link>http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur/</link>
		<atom:link href="http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur/" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<description></description>

		
		<item>
			<title>Wyklęci i wyparci</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/wykl-ci-i-wyparci/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;br/&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/stories/komentarze/matyszkowicz_100_100cb.jpg&quot; width=&quot;100&quot; height=&quot;100&quot; alt=&quot;&quot; title=&quot;&quot;/&gt;&lt;strong&gt;Pomyślmy, który temat jest bardziej wypierany ze świadomości społecznej:  wielkie antykomunistyczne powstanie w tzw. powojennej Polsce czy  rzekomy udział narodu polskiego w Zagładzie?&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Dziś felieton około-książkowy, choć jak na recenzję przystało, wyrasta z lektury, nią się inspiruje i do niej się będzie odnosić. Właściwe to jest on recenzją ksiązki, której nie recenzuje, a więc antyrecenzją, recenzją apofatyczną, czy jak chcecie.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Jak bowiem pisać o książce, o której nie chciałoby się pisać, a zarazem przekazać to, co chciałoby się przekazać. Chyba po prostu, pisząc o innej książce. Wiec ja powiem, że piszę o biografii Łupaszki autorstwa Patryka Kozłowskiego. Wydał ja kilka lat temu „Rytm”, wrzucił w twardą oprawę, a potem zaległa ona w magazynach. Z jakichś powodów mówi się o niej niewiele. Z tych samych powodów ma niewielka konkurencję.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Rzecz trudna i powiedziałbym, że nie na czasie, a więc idealna do tej rubryki.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Więc zacznijmy od tego, dlaczego nie na czasie. Ano nie na czasie, bo ta ksiązka rozdrapuje rany. A rozdrapywania ran nikt nie lubi. Książka, której nie chciałbym tu recenzować, również ma na celu rozdrapywanie ran, ale dziwnie oportunistyczne, bezmyślnie i przy poklasku salonów. &lt;br/&gt;&lt;br/&gt;A tak sobie myślę, że jak autor książki, której tu nie recenzuje, chciałby napisać coś, co naprawdę rozdrapywałoby rany, poruszało najciemniejsze karty naszej historii, sprawy zakryte i wypierane ze świadomości, to powinien napisać właśnie o Łupaszce. &lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Pomyślmy, który temat jest bardziej wypierany ze świadomości społecznej: wielkie antykomunistyczne powstanie w tzw. powojennej Polsce czy rzekomy udział narodu polskiego w Zagładzie? Przede wszystkim wypierać można tylko, co zaistniało. Powstanie antykomunistyczne miało miejsce. Udział Polaków w Zagładzie właściwie miejsca nie miał. Autor ksiązki, której nie recenzuję, ma bowiem problem nawet z rzetelnym udowodnieniem tego, co przedstawia zdjęcie, które go zainteresowało. Patryk Kozłowski takich problemów nie ma. Nie jest wprawdzie humanistą wielkiego formatu, ale wie, o czym pisze. &lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Można powiedzieć, że jest jeszcze młody i że nie napisał arcydzieła literatury historycznej, ale to też o czymś świadczy. Oto młody adept historii napisał na temat, którego przed nim za bardzo nikt nie chciał podejmować. Nawet najodważniejsi eseiści. To najlepszy obraz skali wyparcia, z jaką mamy do czynienia. Bo czy tysiące ludzi z bronią w ręku nie są ciekawym tematem?&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;I teraz pytanie najciekawsze. Dlaczego jest to problem wyparty? Odpowiedź na to pytanie pozwoli zrozumieć, dlaczego ksiązka, której nie recenzuje, nie rozdrapuje żadnych ran, a biografia Łupaszki je rozdrapuje. Bo żeby rozdrapywać, trzeba zakwestionować jakiś ważny dogmat i społeczne przeświadczenie. I to na dużą skalę.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Przypominanie o żołnierzach wyklętych takie rany rozdrapuje. Są oni świadectwem, że polska historia po 1944 roku wcale nie jest tak prosta, jak chcieliby kapłani naszego intelektualnego życia. Forsują oni narrację, zgodnie z którą, elity uległy początkowej fascynacji komunizmem, po czym następowało stopniowe odczarowanie. Skala powstania antysowieckiego na polskich ziemiach jest dowodem na to, że owa fascynacja wcale nie była tak powszechna.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;To dość ważny moment. Zwolennicy dominującej narracji bronią swojej wizji, odwołując się do argumentu „powszechnych odczuć”. Żołnierze wyklęci jakoś dziwnie do tej wizji nie pasują.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;I kolejna sprawa. Intelektualiści lubią patrzeć na siebie, jako na tych, którzy mają odwagę stawić odpór złemu, mają odwagę kwestionowania, kierują się krytycyzmem i niczego nie znoszą tak bardzo jak tyranii. Gdyby więc intelektualistę definiować za pomocą powyższych charakterystyki, okazałoby się, że prawdziwą elita tamtego czasu byli żołnierze wykleci. To oni mieli odwagę i kwestionowali, podczas gdy dzisiejsi luminarze, a także ich ojcowie, pogrążali się w intelektualnej drzemce, jeśli nie w czymś gorszym. Są i tacy, którzy chodzili w tym czasie w ubeckich mundurach. Inni krzyczeli na wiecach. Jeszcze inni wspierali chętnie władze piórem.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;To bolesna prawda, odrzucana i zapominana. Jak nie zdany egzamin na studiach, do którego później się nie przyznajemy przez resztę życia. A już z pewnością nie wspomina się dobrze tych kolegów, którzy egzamin zdali znakomicie.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Czytam więc tę książkę rozdrapującą rany i myślę, że znalazło się w niej także kilka zdjęć, które mogłyby posłużyć emigracyjnemu intelektualiście do stworzenia ciekawego eseju. Odwagi! Patryk Kozłowski z pewnością mógłby pomóc w prawidłowym odczytaniu fotografii.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;em&gt;Nowe Państwo, 02/2011&lt;/em&gt;&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;&lt;strong&gt;Patryk Kozłowski, Jeden z wyklętych. Zygmunt Szendzielarz &quot;Łupaszko&quot; 1910-1951. Rytm, Warszawa 2007&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Thu, 01 Mar 2012 09:50:50 +0100</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/wykl-ci-i-wyparci/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Obywatel Europy podąża na Zachód </title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-obywatel-europy-podaza-na-zachod-nowe-panstwo-03-2010-/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/stories/komentarze/matyszkowicz_100_100.jpg&quot; width=&quot;100&quot; height=&quot;100&quot; alt=&quot;&quot; title=&quot;&quot;/&gt;&lt;strong&gt;Co musi się stać,  aby uwierzył? Z początku wystarczy nic. Takie nic, które bierze się  z nicnierobienia. Imprezowe towarzystwo nieznanych literatów&lt;/strong&gt;.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Kiedy obywatel PRL  – ten, który zachował wewnętrzną wolność w zakłamanej  rzeczywistości, człowiek książek w kraju, gdzie chwali się budowę  maszyn, odlew stali i przyjaźń z ZSSR. Więc kiedy taki rzadki przypadek  jedzie do Ameryki nie za chlebem, ale na stypendium rządu USA, to jego  zapiski stają się lekturą obowiązkową.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;On sam, drobiazgowo  przygotowany, na pierwszych stronach bardziej czyta niż ogląda.  To znaczy, owszem, zwiedza, przemierza, kursuje, ale częściej  sprawozdaje  literaturę przedmiotu niż widoki. Tak z początku. Wystarczy jednak,  że zamieszka z grupą mniej lub bardziej podobnych sobie literatów,  a zamiast erudycyjnych wycieczek w głąb lektur dostarczy nam obrazu  własnej duszy. Z Ameryką w tle. A potem w podróż po kraju. Taka  jest właśnie „Podróż na najdalszy Zachód” samego mistrza, Andrzeja  Kijowskiego.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;A miało nic się  nie zmienić. Ot, wyjazd. Uciążliwość raczej i wyrwa z przyjemnych  zajęć niż ekskurs i przygody. Notuje, że boi się takich sytuacji,  bo i tak nic się nie zmieni, bo wszystko na darmo, bo wszędzie jest  tak samo jak tu. W dodatku ta Ameryka. „Nigdy naprawdę nie wierzyłem  w istnienie Ameryki, ani w to, że Ziemia jest okrągła”.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Co musi się stać,  aby uwierzył? Z początku wystarczy nic. Takie nic, które bierze się  z nicnierobienia. Imprezowe towarzystwo nieznanych literatów. Niby  różnorodność typów, ale jakaś taka nieszczególna. Jak wytwory  niektórych z nich. W poczuciu obowiązku zapełniają kartki maszynopisu  wzorkami, jakby nie było słów, myśli i wrażeń.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Ta literacka wysepka  na uniwersytecie to jakieś kuriozum w kraju, gdzie każdy gdzieś  biegnie. Nie wiadomo, po co tych okularników tu spędzono. Z nadmiaru  pieniędzy, których nie można na nic lepszego przeznaczyć, z próżności,  czy z ekscentryzmu fundatorów? Przecież pisarstwo jest bardziej sztuką  niż produkcją z zakładów Forda.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Ci biegający ludzie  z minami, jakby mieli coś ważnego do załatwienia. „To ciepło  pochodzące z ruchu i napięć uderzało mnie za każdym razem, gdy  znalazłem się na nowojorskiej ulicy”. Ameryka, odkrywa Kijowski,  jest zmierzaniem dokądś. Tylko dotąd? Oto pytanie dla  pisarza-metafizyka.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;W trakcie lektury  przypomniała  mi się tutaj nowela Steinbecka „Kasztanek”. Jest tam postać  starego dziadka, który prawie cały czas opowiada historię, jak to  kiedyś prowadził karawanę na Zachód. „Idea podążania na Zachód  – opowiada starzec wnukowi – była wielka i potężna jak Bóg.  Krótkie, powolne etapy marszu dodawały się i dodawały, aż wreszcie  przeszliśmy cały kontynent i stanęliśmy nad morzem i wszystko się  skończyło”. To ocean zatrzymał karawanę.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Coś takiego mógł  napisać Amerykanin w czasie kulturowego przesilenia. Obywatel  starej Europy widzi inaczej. Dla niego ów ruch w Ameryce wciąż trwa  i nie widać żadnego oceanu. Europejczycy – jak zauważa Kijowski  – widzą szczęście w czymś konkretnym i skończonym. Jak rodzinne  szczęście, zadowalająca praca. Amerykanie zaś szczęśliwi są w  ruchu ku czemuś lepszemu, co przypomina horyzont. Szczęście zawsze  będzie przed nami.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Nieszczęście i bieda  w Ameryce nie polega na głodzie, nawet na braku samochodu, ale na  przypisaniu  do miejsca. Klasy niższe to więc te, które skazane są na jedną  pracę i jedno miejsce zamieszkania. Pełnoprawni obywatele Ameryki  zaś to ci, którzy mogą ciągle dążyć i poprawiać. W nieskończoność,  póki starczy życia.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Za tym wszystkim  Kijowski  odkrywa coś głębszego, coś co mogłoby być metaforą  ludzkiego losu. I nie chodzi tu tylko o banalny obraz drogi, który  był tak popularny w latach 70., gdy autor wizytował USA.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Zapisuje wtedy  odnalezioną  w jednej z książek legendę o św. Brendanie, irlandzkim mnichu,  który miał dowiedzieć się o istnieniu szczęśliwej  ziemi na Zachodzie. Wybrał się więc ze swoimi współbraćmi na jej  poszukiwanie. Przez siedem lat krążył wokół wyspy, na której żył  starzec znający położenie upragnionej ziemi. Ten zwodził ich, dając  kolejne polecenia, które polegały na monotonnym powtarzaniu podróży.  Aż wreszcie powiedział, że już czas i poprowadził ich ku obiecanej  ziemi.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Przemierzali ją aż  doszli do wielkiej wody, którą miała być Missisipi. Tam świetlisty  anioł kazał im wracać. Wieloletnia wędrówka na darmo. Ale takie  ma być nasze życie – sugeruje Kijowski. Duchowa prawda tej wędrówki  polega na uświadomieniu mnichom, że w doczesnym życiu nie ma co liczyć  na ziemię obiecaną.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;W rzeczywistości  Kijowski  odwraca tu potoczne wyobrażenie Ameryki, jako kraju ludzi, którzy  znaleźli się w Raju. Z książki wynika, że to bardziej Europejczycy  ulegają herezji osiągnięcia doczesnego szczęścia. W amerykańskim  zaś biegu ku czemuś nieznanemu, co ciągle jest tak samo daleko, więcej  jest chrześcijańskiego stosunku do doczesności niż mieszczańskie  szczęście nieruchliwych i stłoczonych na niewielkiej przestrzeni  Europejczyków.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;Z Ameryki pisarz może  więc przywieźć nienasycenie. I obali kilka mitów – że  ziemia jest płaska, że Ameryka nie istnieje i że podróż niczego  nie zmienia.&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;em&gt;Nowe Państwo, 03/2010&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p align=&quot;justify&quot;&gt;&lt;strong&gt;Andrzej Kijowski,  Podróż na najdalszy Zachód, Czytelnik, Warszawa 1982&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Tue, 14 Feb 2012 09:00:38 +0100</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-obywatel-europy-podaza-na-zachod-nowe-panstwo-03-2010-/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Czas na nowy spór o Stanisława Augusta Poniatowskiego</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-czas-na-nowy-spor-o-stanis-awa-augusta-poniatowskiego/</link>
			<description>&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/7087resizedimage551314-mateuszmatyszkowiczslajder.jpg&quot; width=&quot;551&quot; height=&quot;314&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;Jałowe byłoby zastanawianie się, kto teraz  konkretnie jest Stanisławem, a kto Baciarellim - bo jest ich zapewne  kilku. Ale nie o osoby tu przecież chodzi, tylko o uprawianą politykę -  pisze Mateusz Matyszkowicz&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;Tekst ukazał się na &lt;a href=&quot;http://rebelya.pl/post/432/matyszkowicz-czas-na-nowy-spor-o-stanislawa-aug&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;portalu Rebelya.pl&lt;/a&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/../tp-i-fronda-zapraszaj-12-grudnia-wtorek-spotkanie-wielkie-analogie-historyczne&quot; target=&quot;_blank&quot;/&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Za sprawą wystawy o Stanisławie Auguście odżyła dyskusja na temat  tego króla. Ostatnio Piotr Semka w tygodniku &quot;Uważam Rze&quot; zarzucił  twórcom wystawy i autorom tekstów katalogowych zbyt płytkie i naiwne  postrzeganie postaci ostatniego władcy, przechodzenie do porządku  dziennego nad jego słabością i zdradą.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ta dyskusja ma bardzo długa historię - aby ją prześledzić i znaleźć  tropy do własnych poszukiwań, warto sięgnąć po książkę Andrzeja  Zahorskiego &quot;Spór o Stanisława Augusta&quot; i doprawić sobie książeczką  Cata-Mackiewicza, w której ten broni króla. A potem usiąść sobie i  pomyśleć, jak wyglądałby kolejny rozdział monografii Zahorskiego, gdyby  autor żył jeszcze i za dziesięć lat postanowił swoją książkę  zaktualizować.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;1.&lt;/strong&gt; Zacznijmy ten spór tak. Kiedy dziś zwiedzamy  Pałac na Wodzie w Łazienkach Królewskich, prowadzą nas naokoło. Z  przedsionka do Sali Bachusa, z niej zaś do Sali Balowej. I tak krążymy. W  Sali Bachusa klimat gorzko-biesiadny. W Sali Balowej - przemijanie.  Wprawdzie na kominku stoi tam Herakles, który dopiero co ujarzmił  Cerbera, a po drugiej stronie Apollo ponad Panem i Midasem, ale już na  ścianach płyty, na których nić życia zostaje przecięta. Ten  nostalgiczno-artystowski sposób oprowadzania dzisiaj po pałacu odpowiada  też popularnemu sposobowi percepcji ostatniego panowania.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Stanisławowi Augustowi wybaczono w ten sposób wiele. O tym, że jego  charakter - delikatnie mówiąc - nie pasował do władcy jednego z  największych państw Europy, mówi się wprost. Ale reszta jest  relatywizowana. Że słuchał się obcych ambasadorów - a bo to miał inny  wybór? Że zaciągał długi u sąsiednich władców - a inni tak nie robili?  Że płakał po kątach - takie czasy i taka kultura. Powiada się zatem, że  Stanisław rządził w czasach nieszczególnych, jego panowanie i tak  zakończyłoby się klęską (może i szybszą, i bardziej dotkliwą), pięknie  wziął udział w uchwalaniu Konstytucji itd. Do tego momentu ćwiczymy  argumentację wykorzystaną później przy usprawiedliwianiu chociażby  Wojciecha Jaruzelskiego. Wszelako porównywanie Stanisława Augusta z  Jaruzelskim jest dla tego pierwszego nieco krzywdzące. Wprawdzie  Jaruzelski był prawdopodobnie mniej płaczliwy, ale Stanisławowi nie  można odmówić politycznego wizjonerstwa. Jego umysł - by powiedzieć to  delikatnie - był znacznie żwawszy.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;2. &lt;/strong&gt;Zwiedźmy 	teraz Pałac na Wodzie nieco inaczej. Z  przedsionka, zamiast w 	lewo, do Sali Bachusa, idźmy prosto - tak, jak  pewnie swoich 	gości chciał oprowadzać król. Wejdziemy wtedy do rotundy,  w 	której zgromadzono figury i malowidła wzorczych dla niego postaci. 	 Stoją: Kazimierz Wielki, Zygmunt I, Stefan Batory i Jan Sobieski. 	Nad  nimi - rzymscy cezarowie. Z tej rotundy wchodzimy do Sali 	Salomona.  Powinniśmy chyba powiedzieć: weszlibyśmy, gdyby Niemcy 	nie spalili tej  Sali razem z malowidłami Baciarellego. Zamysł był 	bardzo prosty:  stworzyć salę mądrego władcy, króla-masona, 	czerpiącego najlepsze  wzorce. Z okien zaś, na tej samej linii, 	którą dopiero co  przemierzyliśmy od przedsionka, widok na most z 	pomnikiem Sobieskiego.  Jan III Sobieski pojawia się nieprzypadkowo 	po raz drugi. Pogromca  Turków był Stanisławowi niezwykle 	potrzebny w czasach, gdy myślał, że  coś ugra na wojennym sojuszu 	z Katarzyną przeciw południowemu Imperium.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Tak więc na ten Pałac, dla mnie jeden z najpiękniejszych w Europie,  należy patrzeć nie tylko jako na bukoliczną zabawę rozrzutnego władcy,  ale przede wszystkim jako zapis pewnego projektu politycznego - w  zamyśle imponującego, który jednak poniósł całkowita klęskę. Dociekanie  przyczyn tej klęski jest być może najważniejszym zadaniem  intelektualnym, przed którym stoimy obecnie.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;3. &lt;/strong&gt;Aby uzyskać pełny obraz, zanim przystąpimy do  formułowania pierwszych hipotez, zauważmy, że Stanisław nie tylko  ponosił klęski. Kilka z jego projektów wyszło znakomicie. Niektórzy  mówią: było już za późno. Być może. Ale co zostało po Stanisławie  Auguście na wiele lat po ostatnim rozbiorze?&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Został, po pierwsze, imponujący projekt Komisji Edukacji Narodowej,  zrealizowany tak naprawdę na przełomie XVIII i XIX wieku na dawnych  ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sam bardzo długo ignorowałem  doniosłość tej wizji - pewnie dlatego, że w szkole uczono mnie, że to  wspaniały i oświecony projekt, najbardziej oświecony w Polsce rzecz  jasna przed manifestem PKWN. Robiło się od tego niedobrze.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Podkreślano też, że główną zasługą KEN było wychowanie pokolenia  pedagogów, którzy podjęli się działalności oświatowej w pierwszych  latach po rozbiorach. To prawda. Ale największym sukcesem Komisji były  szkoły w Wilnie i Krzemieńcu. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że bez  Stanisława Augusta, osoby ideowo nam obcej, nie byłoby ani Adama  Mickiewicza, ani Juliusza Słowackiego. Nie byłoby wreszcie Kresów  takich, jakich obraz przekazali nam dziadkowie (najintensywniejszy okres  polonizacji Kresów to właśnie pierwsza połowa XIX w.). A bez tego być  może nie byłoby dziś Polski.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Została, po drugie, ta kulturalna legenda Stanisława Augusta. Jeszcze  długo po rozbiorach urządzano wystawy pamiątek po królu, rozwijał się  teatr, malowano obrazy. I wreszcie była wielka literatura i imponująca  architektura. Będąc już na wygnaniu w Brześciu, a potem w Petersburgu,  Stanisław August bardzo interesował się postępami prac nad budowlami,  które rozpoczął. Wiedział, że nie zobaczy już ostatecznego kształtu  Pałacu na Wodzie, ale pytał o niego w każdym liście Baciarellego.  Dlaczego? Oprócz zaspokojenia własnej próżności mógł sobie zdawać  sprawę, że kultura w beznadziejnej sytuacji nabiera politycznego  znaczenia.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;To właśnie dlatego tak długo trwał mit kultury stanisławowskiej. I  żeby było jasne - nie chodzi tu wcale o czysto peerelowskie  racjonalizacje. Renesans badań nad tą kultura przypada na początek XX  wieku. Wtedy powstają najważniejsze monografie na temat mecenatu  artystycznego ostatniego władcy. Mało kto wie, że był to jeden z  najważniejszych przedmiotów badań Władysława Tatarkiewicza - od  niewielkiej książki traktującej o sprawie dość ogólnie (Rządy  artystyczne Stanisława Augusta z 1919 roku), do pogłębionych studiów na  temat królewskich Łazienek. Ta druga praca ma swoją pierwotna wersję z  1925 roku i rozwiniętą z lat 50. Bibliografia z tamtych czasów jest  bardzo bogata.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;W tej tradycji należy umieścić także Stanisława Lorenza. W 1939 roku  dyrektor Muzeum Narodowego starał się w czasie wojny ratować z Zamku  Królewskiego co się dało. A później przez lata zabiegał o odbudowę  (chociaż sam unikał tego słowa, tłumacząc, jak wiele elementów zamku  udało się zachować). Kiedy wreszcie Zamek zaczęto odbudować, dość  zgodnie ustalono, że ma on przybrać postać z czasów stanisławowskich i w  pewnym sensie stać się pomnikiem ostatniego króla.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Do tej samej tradycji należy zaliczyć obecne kierownictwo Zamku. Oni  są nie tylko kustoszami tego miejsca, ale realizują też pewną politykę  historyczną - nawiązywania do oświeconego władcy, który zdobył się na  stworzenie nadwiślańskiej wersji klasycyzmu.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;4.&lt;/strong&gt; Zauważmy wszelako, że to, co ze Stanisława  Augusta najlepsze, zostało zrealizowane lub przyniosło pożądane skutki  po jego śmierci. Na przeszkodzie stały nie tylko sytuacja międzynarodowa  i lokajstwo połączone z mazgajstwem. Główną przeszkodą był sam  Stanisław-polityk, który - choć wizjoner - polityki nie rozumiał i nie  potrafił prowadzić. Dość szybko zmarnował to, co zyskał w czasie  uchwalania Konstytucji. Przecież wtedy Mniszech, marszałek wielki  koronny, pisał: &quot;Są dnie święte narodów, dnie ściślejszego przymierza&quot; -  z tego wkrótce nie pozostało nic. Nie potrafił zachować się w czasie  insurekcji. Nie przejął inicjatywy w czasie wojny z Rosją. Jako anegdotę  przytoczyć możemy zapisaną w pamiętnikach Jana Kilińskiego historię o  tryumfie Kościuszki, który ze swoim wojskiem zabił 22 tysiące Moskali.  Prosi więc króla o medale, które mógłby rozdzielić wojsku. Król nie  reaguje jednak radością. Podaje Kiliński: &quot;Aż tu się omylił poczciwy  Kościuszko, ponieważ tym prezentem króla nie ukontentował, ale i owszem,  król jegomość aż płakał, żałując tak wielkiej straty moskiewskiej, a my  w Warszawie, skorośmy się dowiedzieli, ażeśmy do góry z radości  skakali, a przy tym jeszcze za jego [Kościuszki] zdrowie wiwaty  spijali&quot;.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Głównym problemem Stanisława-polityka było to, że politykiem nie stał  się nigdy. Wydawać się to może dziwne, że człowiek z rodziny  politycznie zaangażowanej, od młodych lat posłujący (a to przecież  wymagać musiało nie lada zdolności w tak rozpolitykowanym państwie), na  polityce się nie znał. A jednak.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Dość zabawna jest w tym kontekście anegdota, którą przytaczał już sam  król: o tym, jak kiedyś musiał przetańczyć całą noc z koszmarnie  brzydką wojewodzianką, byleby tylko pozyskać głosy. Odraza do tej nocy  musiała mu pozostać na długo, i ta odraza to coś więcej niż tylko  przyzwyczajenia lowelasa, to odraza także do polityki.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;5.&lt;/strong&gt; Kim więc był Stanisław August? Apollem - ale nie  tym, który pokonał Pana i upokorzył Midasa, nie Apollem z Pałacu na  Wodzie. Bliższy mu chyba Apollo z Sali Balowej Zamku Królewskiego. Ten  trzyma w ręku wieniec laurowy. Zgodnie z mitem, piękny bóg pokochał  nimfę Dafne - ta zaś nie chciała jego miłości i zamieniła się w krzak  wawrzynu. Le Brun, który tego Apolla wyrzeźbił, dał mu rysy samego  Stanisława Augusta. Naprzeciw boga stoi zaś Minerwa, bogini mądrości.  Nie doszukujmy się ironii w tym, że ta z kolei ma rysy carycy Katarzyny.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Możemy domniemywać, że tak właśnie mógł siebie postrzegać Stanisław, w  końcu główny ideolog tej budowli. Sam zatem uważał się za kochanka,  którego miłością wzgardzono. Wzgardziła nim Katarzyna, Polska i cały  świat. Z marzeń o byciu drugim Sobieskim pozostał tylko sentymentalny  posążek odtrąconego boga.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;6.&lt;/strong&gt; Taki narcystyczny nie-polityk, odtrącony bóg,  stał się jakimś modelem dla współczesnych elit. Czym jest polityka  odtrąconego boga? Niech to będzie początek nowego sporu o Stanisława  Augusta. Jałowe byłoby zastanawianie się, kto teraz konkretnie jest  Stanisławem, a kto Baciarellim - bo jest ich zapewne kilku. Ale nie o  osoby tu przecież chodzi, tylko o uprawianą politykę.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Kustosze pamięci Stanisława Augusta przekazali nam nie tylko jego  spuściznę kulturalną, ale też roztkliwianiem się nad oświeconym władcą,  którego naród nie rozumiał, utrwalili szkodliwy model polityka -  takiego, który w kluczowych momentach nie potrafi przejąć inicjatywy,  stać się naprawdę liderem i realizować moc. Skupiony za to na sobie i na  własnych emocjach, biorący wszystko do siebie i żyjący wyłącznie jako  własna legenda.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Powierzchowne ocenianie polityki - takie, w którym obecne są głównie  psychologiczne cechy współczesnych władców, tylko to wzmacnia.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;Mateusz Matyszkowicz&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;&lt;br/&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Przeczytaj teksty:&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/marek-a-cichocki-triumf-historycznych-analogii&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Marek Cichocki o analogiach historycznych&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/../grzegorz-gorny-polacy-gdzie-wtedy-byli-cie&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Grzegorz Górny o czasach saskich&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/../dariusz-gawin-przekle-stwo-1709-roku&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Dariusz Gawin o 1709 roku&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Mon, 12 Dec 2011 13:02:48 +0100</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-czas-na-nowy-spor-o-stanis-awa-augusta-poniatowskiego/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Człowiek z walizą</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur-cz-owiek-z-waliz/</link>
			<description>&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/8072resizedimage562250-ksiazkaJanvanEyck.jpg&quot; width=&quot;562&quot; height=&quot;250&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;Książki wynajduję wszędzie. Nawet za drzewem – pisze Mateusz Matyszkowicz&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Niedawno po Facebooku krążyła ankieta: &lt;em&gt;Gdzie najczęściej kupujesz książki?&lt;/em&gt; Wygrały księgarnie. Na drugim miejscu Internet, na trzecim opcja: „Nie kupuję, wypożyczam”. Najbardziej zdziwiłem się, widząc, że nikt nie zaznaczał antykwariatów ani giełd. Być może mój stary zwyczaj spacerów po antykwariatach jest coraz mniej modny i jeszcze trochę, a antykwariatom pozostanę jako jedyny klient. Będą mnie dopieszczać i  książki odkładać wyłącznie dla mnie. Bojąc się, że zniknie im ostatni wariat, obniżą dla mnie ceny i przestaną w czasie mojej wizyty siedzieć w kantorku (chociaż to akurat w antykwariatach lubię). Wypastują podłogi. Zatrudnią hostessy.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;To tyle o antykwariatach, bo coś innego zadziwiło mnie w tej ankiecie bardziej. Kiedy już kusiła mnie możliwość pójścia pod prąd i zaznaczenia tej niepopularnej opcji, zadrżała mi ręka. Bo choć antykwariaty uwielbiam, to jednak przy każdej w nich wizycie mam wyrzuty, że zdradzam moje źródło najpierwsze, czyli człowieka z walizą. To u niego zaopatruję się najczęściej, a i on sam o mnie nieustannie myśli i większość książek w walizie przeznaczona jest zawsze dla mnie. Ale człowieka z walizą w ankiecie nie mogłem znaleźć.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Brak tej opcji całkowicie przekreśla wiarygodność sondy i jest formą ucisku mniejszości przez większość. Kupujcie sobie w księgarniach i przez Internet, a nawet w Internecie, jeśli tak wam się podoba, a ja pozostaną przy człowieku z walizą, który czasem przeistacza się w człowieka z dwiema walizami i dodatkowo siatką (taka opcja też powinna się pojawić).&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Zabrakło ponadto człowieka z rozłożonym stolikiem, człowieka z książkami na murku oraz na kocu i wreszcie człowieka dzierżącego książki w ręku. Ostatniego można nazwać „dzierżawcą”, chociaż taki okazuje się najczęściej misjonarzem z Dalekiego Wschodu. Raz od dzierżawcy kupiłem, a może i dostałem w prezencie coś w kolorowej okładce. Skończyło się awanturą w domu, gdy żonie wyrecytowałem: „Woda leczy niestrawność, wzmacnia, gdy pokarm został strawiony, jest jak nektar w czasie posiłku i jak trucizna po jedzeniu”. To z &lt;em&gt;Canakya-niti Śastra&lt;/em&gt;&lt;em&gt;, dodałem&lt;/em&gt;. Nie zrozumiała.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Kogo jeszcze tu dopiszemy? Człowieka w bramie, na pewno, człowieka pod drzewem i obok drzewa. Człowieka z plecakiem i dziewczynę z kolczykiem w nosie.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Tożsamości żadnej z tych osób nie ujawnię nigdy, a miejsca naszych książkowych schadzek wezmę ze sobą do grobu. Proszę tylko o szansę uwzględnienia ich w ankiecie. Bez tego obraz księgarskiego rynku jest ułomny i niesprawiedliwy.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Dalej. Dziękuję za opcję: „Nie kupuję, wypożyczam” – zapewne wiele osób nie poczuło się wykluczonych. Zabrakło natomiast czegoś dla tych, którzy preferują kradzieże. Tak, „Nie kupuję, kradnę” może niektórym wydawać się niemoralne, ale rzeczywistość moralna być nie musi. Ja sam wolę złodziei książek od cudzołożników. Kiedy dzisiejsza prasa pochwala cudzołożników i rozpisuje się o tym, ilu z nas i z jaką częstotliwością zdradza druga połowę, to czuję, że złodziejom książek dzieje się jakaś niesprawiedliwość. Uwzględnijcie ich, proszę.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Pamiętajcie przy tym, że książki można kraść na wiele sposobów. Nie oddawać pożyczonych, kopiować, wyciągać komuś z biblioteki, chyłkiem wynosić z księgarni. Okraść bank i wszystko wydać na książki.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Czy nie znacie też tego uczucia, kiedy jedziecie pociągiem, a wasz współtowarzysz ma w torbie akurat ten tom Ingardena, który od dawna poszukujecie? Jedyny, którego wam brakuje? I co, nie sięgnięcie?&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Jest także jeszcze jedna grupa, która nie została w ankiecie uwzględniona. Skoro jest „nie kupuję, wypożyczam”, to i należy się coś tym, którzy nie kupują, ale piszą. Nie kupują, nie pożyczają, nie kradną i nawet nie czytają. Za to piszą.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;Mateusz Matyszkowicz&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Dziennik lektur&lt;/a&gt;&lt;em&gt;&lt;br/&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Tue, 22 Nov 2011 16:45:23 +0100</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur-cz-owiek-z-waliz/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Choroba i łaska Józefa Czapskiego</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-choroba-i-aska-jozefa-czapskiego/</link>
			<description>&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/8048resizedimage564250-jozef-czapski2.jpg&quot; width=&quot;564&quot; height=&quot;250&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;Gustave Thibon pisał, że kiedy był młody, miał wrażenie, że jest unoszony przez Boga. A teraz, na starość, sam musi Go nosić&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;„Moje plany na przyszłość są proste. Będę dalej malował” – tak Józef Czapski mówił w Radiu Wolna Europa w 1955 roku. Ta wypowiedź (możemy jej odsłuchać na portalu Radia Wolności) została umieszczona w audycji o planach artystów. Takie audycje w formie ankiety RWE robiło co roku. Zofia Kossak-Szczucka, jak wielu innych, usprawiedliwiała się w niej, że w ostatnich latach swoich planów nie zrealizowała. Kazimierz Wierzyński deklarował, że o planach nie lubi mówić. Inni recytowali tytuły. Itd… A Czapski jasno i zrozumiale: „Będę malował”.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Obietnicy dotrzymał. Kiedy jednak sięgniemy do jego zapisków z późniejszych czasów, przeczytamy o męce, na którą się skazał tą deklaracją.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;20 stycznia 1970 roku Czapski notuje: „Tydzień znowu pełny. Jak nie pilnować nieustannych zmian, tego zygzaku sił”. Naprzemienność manii i depresji, zmora psychiatrów i codzienność twórcy, zostaje skonkretyzowana w zapisie: „Dziś po dobrym dniu malowania pisania poranek słaby i senny”. Czapski zastanawia się, czy to nie przez wypity kieliszek koniaku.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ten stan dopada go w określonym momencie, obraz „Butelki w słońcu” już prawie skończony. „Skończyłem, niby skończyłem”. To znaczy, że raczej skończył, a niedokończenie pozostanie już trwałą kondycją tego dzieła. Nie wynika ono z nieprzyłożenia jeszcze ostatni raz pędzla. Tu nie chodzi o przerwanie pracy, ale niezadowolenie z efektu. Jeśli pierwsze życie dzieło ma swoje życie w umyśle twórcy, to drugie należy mu się już na zewnątrz, w tym, co dokonane, w fizycznej rzeczywistości. A jednak droga od jednego życia do drugiego jest to kręta i byłoby to stwierdzenie banalne, gdyby nie rozmaitość diagnoz zjawiska.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Dla Czapskiego diagnoza jest jasna: starość. Wspomina, że w młodości miał wiarę, iż obraz, który pojawia się w jego umyśle zostanie urealniony. A dokładnie: „Już lata temu miałem wiarę w odkrytą w sobie siłę, dar, czy wprost naturę, która mnie prowadzi jakby bez mojej wiedzy do celu, do wyrazu”. I dalej: „Dziś znowu tracę tę wiarę – czy to jest wiek?”&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Niekoniecznie jest to niewiara w niemożność wyrazu w ogóle, nie chodzi o zanegowanie istnienia własnej formy artysty – malarz wyraźnie pisze, to coś, co dopada go właśnie teraz, być może z powodu wieku. To jest utrata lekkości, samorzutności, jakby starcze pochylenie człowieka, jego ciążenie ku ziemi, zabierało ze sobą łatwość wyrazu.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Trzy lata później zapis już alarmujący: „Szósta rano. Mam za sobą sześć tygodni bez malarstwa i już uczucie, że nie mam sił, nie to ustawić pracę, ale istnieć”. I ten Czapski, zmagający się już nie tylko z twórczością, ale przede wszystkim z własnym istnieniem, Czapski chory na starość – właśnie taki malarz tworzy swoje największe dzieła. Artysta, który zapisywał powyższe słowa jako człowiek po siedemdziesiątce, zdawał się już nie wierzyc we własną moc wyrażania, miał tak naprawdę dopiero przed sobą najlepsze malarskie lata. Wojciech Karpiński, autor „Portretu Czapskiego” powtarza, że największe jego dzieła powstały w drugiej połowie lat 70 i w latach 80 – a więc w czasie największego załamania wiary w siły twórcze.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Gdybyśmy mieli układać słownik własny zapisków Czapskiego, znalazłoby się tam słowo przyszpilić. Przyszpilić myśl – uchwycić ją, ale nie tylko, przede wszystkim być zdolnym do jej wyrażenia, uchwycić obraz i przenieść go na płótno. A więc nie tylko pochwycić dla siebie, nie tylko doznać tego uczucia, które pojawia się, gdy coś w nas się domknie, gdy pojawi się rozumienie, ale okazać się zdolnym do przeniesienia tego czegoś w intersubiektywność, umaterialnic. Z przyszpileniem wiąże się też odkorkowanie – uwolnienie nie mocy twórczej, ale myśli lub obrazu, uwolnienie jako uzewnętrznienie.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Drugie słowo: odklejać. Odklejanie jest odwrotnością przyszpilenia. Odwrotność to zaś nie jest ani przeciwstawność, ani sprzeczność, odwrotności mogą współistnieć (jak dwie strony kartki). Co zatem odkleja się u Czapskiego? Obraz namalowany od obrazu w duszy. I wreszcie odklejać się może życie od nas samych. Dezintegracja jako cześć bycia artystą, sztuka jako walka z tą dezintegracją, nieustanne dążenie do ponownego sklejenia, pomimo wszelkich trudności.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Po trzecie, już nie jedno słowo, ale co najmniej dwa ze sobą ściśle związane: ranek i przebudzenie. Wiele zapisów zaczyna się właśnie od nich. Ale to poranne przebudzenie sprawia wrażenie, że nie jest początkiem, ale końcem. Zapis poranny znamionuje się najczęściej zmęczeniem. Czapski jest rano zmęczony i pozbawiony sił twórczych. Jeśli poranek jest czegoś początkiem, to jedynie walki z tym, aby dalsza cześć dnia nie była stracona, wbrew temu pierwotnemu stanowi zniechęcenia, wyczerpania, braku koncepcji – wbrew wszystkiemu, co jest nietwórczością.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Gustave Thibon gdzieś pisał, że kiedy był młody, miał wrażenie, że jest unoszony przez Boga. A teraz, na starość, sam musi Go nosić. I taki też jest dojrzały Czapski.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Być może lekarstwem na twórczość prawdziwie wartościową nie jest wcale młodzieńcza werwa, ta łatwość wypowiadania wszystkiego, co tylko możliwe, ale zachorowanie na starość, które polega na zmaganiu się własną niemocą i ociężałością. Na tym, że tworzy się pomimo tej niemocy i ociężałości. Na wysiłku.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Tu odnotować należy powtarzające się często myśli własnej śmierci. Tych myśli nie można odrywać od prób zrozumienia własnej starości. Choć – co szczególne – własną starość i perspektywę śmierci Czapski odczytuje wraz z młodziutką Simone Weil i ta młoda kobieta wprowadza starca w mysterium mortis za pomocą swojej koncepcji „śmierci odroczonej”. Simone chciała umrzeć zaraz, pogodziła się jednak ze „śmiercią odroczoną”. To, co odroczone, nie jest po prostu odsunięte w czasie – to coś jest z nami obecne cały czas jako zapowiedź, jak to się mówi, wisi nad nami – śmierć odroczona tym samym jest immanentna życiu, więcej, nadaje mu nową wartość. To jej daje równowagę. Podobnie jak dla Jana XXIII: „Nasiąknąć myślą o swojej śmierci, to mi da życie bardziej radosne”.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Z tymi myślami siedemdziesięcioletni Czapski czyta „Notatki” siedemdziesięcioletniego Irzykowskiego, więc czyta, jak Irzykowski snuł plany dramaturgiczne i eseistyczne. Pisze Czapski: „Czytam prawie że z uczuciem współczującej wyższości, bo wiem, że on umrze za chwilę, więc cóż to za naiwność te plany. Ale wystarczy kojarzyć, przerzucić na siebie: tak samo plany, tak samo śmierć tuż. Trzeba by myśleć o swoim życiu, czytając to tak, jakbym sam był z nim w czasie Powstania na Filtrowej i tę śmierć tuż – przyjąć” – mieć dzięki temu życie bardziej radosne (31 V 1965).&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Tuż po tym zapisie Czapski przegląda swoje rysunki. Wydają mu się za dobre – „nie stać mnie na nie”, notuje – to znaczy, że nie znajduje w sobie siły, by przełożyć je na obrazy. Nie czuje się zdolny. Wie jednak, że trzeba się tego podjąć – malować właśnie to, na co nas nie stać. Jakby twórczość była dla Czapskiego tym, co stoi ponad artystą, ponad jego zdolnościami i pojmowaniem. „Dawniej to zdarzało mi się częściej, w pracy błyskawicznej i tylko w najwyższej temperaturze, dziś poprzez malowanie bardzo długie”. Długie malowanie jako pogłębianie.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Wydawałoby się więc, że człowiek twórczy powinien zachorować na starość. Czy jednak to możliwe? Czy można tej choroby nabawić się łatwo – jak to robią uczniowie, gdy nie chcąc iść do szkoły, wychodzą na balkon w samych slipkach i w ten sposób dostają przeziębienia na zawołanie? Czy też koniecznie trzeba pomęczyć się z tą pryszczatą łatwością mówienia, mając nadzieję, że na starość będzie ciężej…&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Nic to jednak, bo uważna lektura „Wyrwanych stron” przyniesie nam też myśli zupełnie inne, przeczące tej apoteozie starczego wysiłku. I tak, na przykład, uznaje pracowitość, taką skrajną i walczącą ze wszystkim – a więc taką pracowitość, która jest skrajnym wysiłkiem w stanie wyczerpania, artysta uznaje za błąd (choć jest to błąd chroniący przed błędami jeszcze większymi). Taki skrajny wysiłek nieraz okazuje się strata czasu – w jego wyniku nie powstaje albo nic, albo też wytwarzane jest coś słabego. Bardziej efektywne mogłoby się okazać przeczekanie tego dołka, dojrzenie myśli i obrazów, nabranie sił.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Z tym ma wiązać wypracowanie pewnej umiejętności. A zatem należy: „umieć czekać, żeby umieć jak dolina się położyć”. I pisze Czapski, że dopiero na starość nauczył się tego czekania, bo i zmęczenie większe, i – przede wszystkim – zaczyna odróżniać pracę muskułów od pracy wizji. Akt twórczy wydaje się być dualny, możliwy fizycznie, jako techniczne wykonanie pewnej pracy, wszelako bez ducha, bez tego, co nadaje mu oczekiwaną przez artystę wartość. Starość – jak się wydaje – pozbawia go tych sił, które pozwalały wcześniej pracować bez wizji (23 II 1963).&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;16 IV 1963 wyraża tę myśl dość precyzyjnie: „Dziś mogę tylko z dnia na dzień walczyć o dnie pełniejsze w pracy i czekać na takie chwile w malarstwie”. Dualność jest tu wyraźna. Pierwsza para: praca i malarstwo. Akt twórczy rozumiany jako technika wykonania dzieła, nanoszenie plam barwnych, to wysiłek mięśni. Malarstwo ma tu zaś sens inny, choć nie może zaistnieć bez tego, co wyżej nazwano pracą, to jednak do tego się nie redukuje. Nie jest też koniecznym dopełnieniem pracy, ani też praca nie może go automatycznie wywołać. Widać to w drugiej parze pojęciowej, która w tym zdaniu występuje: walka-czekanie. Praca jest wyrazem walki. Artysta walczy z niemocą, rozleniwieniem, bezsilnością za pomocą pracy muskułów – bez tego nie byłoby malarstwa, ale nie pojawi się ono jako prosta konsekwencja pracy. Malarstwo – praca wizji – jest jakby łaską. Malarstwo jest łaską!&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Być może należy czekać aż do późnej starości, aby ta łaska zstąpiła. Nie dlatego, że łaska spływa na nas za jakieś zasługi. Może jedyne, czego od nas wymaga, to cierpliwe czekanie.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;Mateusz Matyszkowicz&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Wed, 09 Nov 2011 03:32:43 +0100</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-choroba-i-aska-jozefa-czapskiego/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Listowanie</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur-listowanie/</link>
			<description>&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/7918resizedimage542240-bibliotekastarzec.jpg&quot; width=&quot;542&quot; height=&quot;240&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;Siedzieliśmy w kawiarence – zwierza się w nowym felietonie Mateusz Matyszkowicz&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Terroryści lubią każda porę – mówił mi wybitny ekspert od spraw terroryzmu. Siedzieliśmy w kawiarence i piliśmy zieloną herbatę. Nie wybraliśmy z karty szczególnie polecanych tego dnia: tiramisu, czekoladowej roladki i kawy z czekoladą. Siedzieliśmy za donicą z wielkim kwiatem, ściągnęliśmy ciemne okulary.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ekspert – nieprzyzwyczajony do tak intensywnego światła – przecierał co jakiś czas oczy. Upierałem się jednak, że siedzenie w knajpie ze słonecznymi okularami na nosie jest nieeleganckie, nawet jeśli ukrywamy się za wielką donicą. – Niech ci będzie – mówił. – Zrobię to dla tej pani, co podaje kartę.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Więc siedzieliśmy i rozmawialiśmy o tym, kiedy przychodzą ci terroryści i jakie miny robią. On opowiadał, jak listują. – Listują? – zapytałem. – Listują – potwierdził. – Znaczy się, wręczają ci listę. I jak taki listę ci już wręczy, jesteś zgubiony, po tobie, chłopie. Nie myśl także, że na jednej liście się skończy, bo po pierwszej dostaniesz drugą, po drugiej trzecią i tak dalej. Jak to mówią, do usranej śmierci.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Jak jedną listę skończysz, to ci ją odbiorą i tak zamącą w mózgu, że za nic jej sobie nie przypomnisz. Była taka jednak kobieta, w Paryżu, jak się wydaje, co taka listę próbowała za wszelka cenę zachować. Zrobiła nawet pięć kopii – schowała je pod kanapą, za szafką kuchenną, pod wycieraczka, w swojej torebce i w piwnicy. Na nic. Dom wywrócono do góry nogami, a mąż skończył w Tamizie.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;- Chyba w Sekwanie? – poprawiam. – Może i tak – przyznaje ekspert. – Atlas geograficzny miałem kilka list temu. Zresztą i tak nie pamiętam.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Kończyliśmy. Nie chciano nam ponownie zalać fusów. Pokornie opuściliśmy lokal, jak na wykształconych ludzi przystało.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Mateusz Matyszkowicz&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Dziennik lektur&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Thu, 29 Sep 2011 17:10:37 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/dziennik-lektur-listowanie/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Niedokonany czas Broków Wildsteina</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-niedokonany-czas-brokow-wildsteina/</link>
			<description>&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/7090resizedimage526248-MateuszMatyszkowiczslajder2.JPG&quot; width=&quot;526&quot; height=&quot;248&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;Początkiem tej historii nie jest założenie rodziny w klasycznym mieszczańskim sensie, ale rewolucyjna zawierucha poprzedzona jakimś trudnym do zrozumienia wybuchem zła między ludźmi. Protoplaści nie tyle tworzyli kulturę, co ją niszczyli&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.pismofronda.pl/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Fronda, nr 60&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Napisać o kilku pokoleniach – od potomków ofiary pogromu z początków XX wieku, przez budowanie i upadanie PRL, po III RP – takiego zadania podjął się Bronisław Wildstein. Jego książka nie jest ani opracowaniem historycznym, ani świadectwem. Jej głównym tematem pozostaje, od pierwszej do ostatniej strony, natura człowieka.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Jarosław Iwaszkiewicz, który sam uważał się za człowieka XIX wieku i na sposób dziewiętnastowieczny pisał, nie zapisał się w historii jako powieściopisarz. Chociaż &lt;em&gt;Sława i chwała&lt;/em&gt;, a pewnym stopniu też &lt;em&gt;Czerwone tarcze&lt;/em&gt; znalazły i swoich czytelników, i ważne miejsce w historii literatury, to jednak Iwaszkiewicz został zapamiętany i doceniony przede wszystkim jako autor dłuższych opowiadań. A więc nie wielka dziewiętnastowieczna powieść, ale mini-powieść, świadectwo czasów.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Wszelako &lt;em&gt;Sława i chwała&lt;/em&gt;, ta próba syntezy doświadczeń kilku pokoleń spisana w czasach wyjątkowo temu nie sprzyjających powinna być właściwym punktem odniesienia w czasie lektury &lt;em&gt;Czasu niedokonanego&lt;/em&gt;, najnowszej powieści Bronisława Wildsteina, która swoją formą i okazałością nawiązuje do wielkiej tradycji literatury sprzed ponad wieku. Tu wcale nie chodzi o żadną mieszczańską sagę w stylu Tomasza Manna, bo jeśli forma, także ta literacka, musi odpowiadać życiu i z niego wyrastać, to mieszczańska saga w żaden sposób nie pasuje do polskich losów.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Te losy potrzebują formy zupełnie innej, takiej, która będzie zdolna uchwycić konwulsje historii, jej nagłe zwroty i przede wszystkim nieoczywiste wybory, przed którymi stają bohaterowie. Proza Mannowska jest w stanie opisać dojrzewanie zjawisk, zalążki nowych duchowych fenomenów, które mają swoje źródło w nieodległej przeszłości i wreszcie w duchowym wzrastaniu jednostek. Prawdopodobnie jednak Mann byłby bezbronny wobec polskiej historii.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Jeśli chodzi o polską historię i kulturę, to trudno tu mówić o stałości miejsca. Nie będzie tu ani Lubeki, ani Berghofu. Nawet, jeśli większa część historii znajdzie swoje miejsce w Warszawie, to będzie to Warszawa inna w każdym czasie, jakby zupełnie nowe miasto. Postacie nie wchodzą w głąb siebie i nie poszukują tam odpowiedzi – to odpowiedź sama z nich się uwalnia, ujawnia się w czasie awantur i nocnych krzyków. Kim byliby zatem Buddenbrookowie pozbawieni stałych punktów odniesienia? Byliby zapewne Brokami – bohaterami &lt;em&gt;Czasu niedokonanego&lt;/em&gt;.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Brokowie tu Buddenbrookowie po historycznej amputacji, oddaleni od swojej przeszłości nie przez długa ewolucję, nie przez wiele znaków czasu, które mógłby uchwycić Mann, ale przez czyn gwałtowny, przez mord założycielski. Brutalne zabicie Barucha Broka jest tym punktem historii, który dla Manna byłby założeniem rodzinnej firmy.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Początkiem tej historii nie jest zatem założenie rodziny w klasycznym mieszczańskim sensie, nie jest zrobienie majątku, ale rewolucyjna zawierucha poprzedzona jakimś trudnym do zrozumienia wybuchem zła między ludźmi. Protoplaści nie tyle tworzyli kulturę, co ją niszczyli.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ta historia zaczyna się zatem od wybuchu i katastrofy. I wcale nie jest to twórcza katastrofa. Nawet jeśli bohaterom na początku wydaje się, że biorą udział w powstawaniu nowego, lepszego świata, nawet jeśli się łudzą, że rewolucja przyniesie coś wspanialszego, to te złudzenia szybko się kończą. A nawet w tym czasie wiary, trudno mówić o wiedzy radosnej, o szczęśliwym dążeniu do upragnionego celu. Rewolucje robią ludzie głęboko zranieni wewnętrznie, o koślawych życiorysach, dzieci chorej epoki. Często sami pokrzywdzeni niosą krzywdę innym.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;Czas niedokonany&lt;/em&gt; i historia bohaterów książki powinny nas utwierdzić w przekonaniu, że katastrofa nie ma mocy twórczej i nie może być źródłem tożsamości. I nie chodzi tu wcale o zniszczenie materialne. Nie chodzi także o śmierć. Najważniejsza katastrofa, o której pisze Bronisław Wildstein, rozgrywa się na planie duchowym i moralnym. Upadek porządku duchowego i moralnego, tego wszystkiego, co reprezentował stary świat i co wzięli na cel rewolucjoniści, zamiast uwolnienia od zła społecznego, przynosi jeszcze większe zniewolenie i uwikłanie człowieka w zło – zarówno to indywidualne, jak i zbiorowe.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;W całej powieści widać wyraźnie ten podwójny plan. Obserwujemy zarówno moralny upadek czasów, w których przychodzi żyć bohaterom, jak i etyczną biedę poszczególnych postaci. Te dwa plany przeplatają się, indywidualne losy wchodzą w interakcję i ostatecznie otrzymujemy historię, która powinna zaskoczyć kogoś, kto wcześniej znał tylko powierzchownie publicystykę autora.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;W jednym z ostatnich numerów „W Drodze” można znaleźć wywiad Jana Grzegorczyka z Bronisławem Wildsteinem. To, co w nim najciekawsze, to próba pokazania różnic między autorem-publicystą i autorem-pisarzem. Tekst publicystyczny jest krótki i oparty na jednoznacznej tezie, mówi tam Wildstein i przyznaje, że sam ma poczucie niejednoznaczności świata oraz że to poczucie można najlepiej zrealizować w powieści. Czuje się przede wszystkim pisarzem.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;I tak sobie myślę, że jeśli ktoś próbuje oceniać powieści Bronisława Wildsteina przez pryzmat jego publicystyki, to jest na złej drodze. Właściwa perspektywa jest odwrotna. To czytając publicystykę, trzeba pamiętać, jaka wizja świata jest za nią ukryta i próbuje się przebić przez gazetową formę. Żeby zaś tę wizję zrozumieć, trzeba czytać literaturę.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;(Zresztą literaturę zawsze przedkładać należy ponad gazetę. Każde zastosowanie schematu argumentacyjnego, z którym ma się do czynienia w tekście publicystycznym, musi wspierać się na wizji, na tym, co poza argumentacją i co jest przedstawieniem świata – tym, co się raczej widzi i opisuje, a dopiero potem przychodzi rozumienie, usprawiedliwienie i argumentacja. A więc zanim dotkniemy argumentacji, powinniśmy zobaczyć świat, do którego ona się odnosi.)&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Jaka jest zatem ta niejednoznaczność świata przedstawionego w &lt;em&gt;Czasie niedokonanym&lt;/em&gt;?&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Przede wszystkim, jednoznaczność oceny politycznej jakiegoś zjawiska nie idzie w parze z jednoznacznością waluacji osób. W książce występują oczywiście skończone szuje, ideologiczni kaci, podli kombinatorzy. Są też żałujące kapusie. Ale to jeszcze nic. Prawdziwą zagwozdką są dwa pokolenia Broków, które budowały Polskę zwaną ludową, Adam i Benedykt. Pierwszy, wykształcony na psychoanalizie intelektualista, wierzący a potem rozczarowany komunista. Porzucenie dwóch perspektyw i odejście od dwóch wiar: tej freudowskiej i tej marksowskiej, nie czyni jeszcze z niego bohatera i wzoru. Ale, po pierwsze, jego los jest jakimś kluczem do zrozumienia dwudziestowiecznej historii. Nie tyle był bowiem ideologiem, co polem ćwiczebnym idei dwudziestowiecznych. To na jego ojcu dokonano owego mordu założycielskiego tej historii, co wskazuje na istotny związek między życiem a psychoanalizą w &lt;em&gt;Czasie niedokonanym&lt;/em&gt;.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Następne pokolenia Broków będą więc żyły w cieniu tego aktu. Ten początek dwudziestowiecznego koszmaru Żydów będzie powracał w snach, ale nie to chyba jest najważniejsze. Ważne będą wybory, których Brokowie dokonają dalej i wreszcie samoświadomość, która stanie się ich rezultatem.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ocena Broków nie jest jednoznaczna, bo choć nie mamy wątpliwości, że autor sam stoi po drugiej stronie, że jest wśród tych, których stanowczość w sprzeciwie wobec PRL miała charakter żarliwy i radykalny, że politycznie bliżej mu do żony głównego bohatera, to jednak trudno powiedzieć, by nie chciał zrozumieć reżimowego dziennikarza i by pochwalał w pełni życie jego opozycyjnej małżonki, jej zdrady, domowe uniesienia i ucieczki w alkohol.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Czy tę historię można opowiedzieć w sposób jednoznaczny? O tak! Można sobie wyobrazić kobietę, która nie tylko dzielnie sprzeciwia się reżimowi, ale i jest wzorem matki-Polki, współczesną świętą męczennicą. Można sobie wyobrazić, że Benedykt jest nie tylko dziennikarzem zaprzedanym władzy, ale też człowiekiem bez sumienia, głuchym na prośby i bijącym żonę za każdym razem, gdy ta wraca z demonstracji. Tak, to wszystko możemy sobie wyobrazić, taką książkę pomnik i hagiograficzną pochwałę pokolenia solidarności i obrońców PRL. Z jakichś przyczyn Bronisław Wildstein jednak takiej powieści nie napisał. Wszystko pokomplikował. Dlaczego?&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Pierwsza sugestia jest oczywista: było tak, jak to opisał. Żywych ludzi nie da się zamknąć w prostych schematach, w naszych wyobrażeniach, choćby najpiękniejszych i najbliższych publicystycznej tezie. Faktem są dramaty rodzinne środowisk opozycyjnych, szlachetne odruchy komunistów, skomplikowane sytuacje. A więc tak było, ale to jeszcze nie jest najważniejsze, ponieważ książka Wildsteina nie powstała jako dokument, ale powieść, której zadaniem jest zrozumieć świat przedstawiony, postawić właściwe pytania i naszkicować możliwe odpowiedzi.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;A zatem sugestia druga: tak napisał, by pokazać złożoną strukturę świata. Nie chodzi więc już tylko o złożoność konkretnych sytuacji i konkretnych losów, ale skomplikowanie samej rzeczywistości i jej konstytutywnych elementów.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Takim punktem łączącym odrębne elementy i komplikującym proste schematy – tym, co zaburza jednolita narrację – są dwie sytuacje graniczne: śmierć i miłość. Najważniejsze wyznania w tej książce padają na łożu śmierci. To na nim Adam Brok opowiada synowej o swoim życiu i w ten sposób zostaje zadzierzgnięta więź między starszym pokoleniem Żydów a nowym pokoleniem Polaków z antykomunistycznych domów. Zostaje przekazana wiedza. To w obliczu śmierci bohaterowie Wildsteina porzucają ideologiczne kalki. Lub jeszcze lepiej: wypowiadają to, co gromadziło się w nich przez lata, to całe skumulowane doświadczenie, które jest najlepszym weryfikatorem ideologicznych schematów.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Druga sytuacja graniczna, czyli miłość. Gdyby była pochodną ideologicznych podziałów, nie doszłoby do małżeństwa Zuzanny i Benedykta, nie byłoby nocnego uspokajania męża, nie byłoby młodego Adama i wreszcie nie miałoby miejsce to całe zmaganie o uratowanie małżeństwa, które wprawdzie skończyło się klęską, ale pozostawało faktem.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ani sytuacje śmierci, ani miłości nie są – jak napisaliśmy wyżej – pochodną wyznawanych ideologii, a jednak jedne i drugie pozostają w ich cieniu. Ideologie je komplikują, aksjologiczne pomieszanie świata, które ma swoje źródło w rewolucyjnych konwulsjach, sprowadza niepotrzebną śmierć i równie niepotrzebne rozstania. Z drugiej strony, to właśnie śmierć i miłość sprawiają, że ideologie nie realizują się tak, jak chcieliby tego ich twórcy.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;By przypomnieć słynną metaforykę Edmunda Burke’a, światło na ziemi ulega licznym załamaniom, jego promienie nigdy nie pozostają proste, stąd idee niegdy nie znajdują doskonałego przełożenia na rzeczywistość.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Te załamania pozostają jednak poza kontrolą samych twórców. Świat wymyka się im spod kontroli, co ma swoje złe i dobre strony.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;Mateusz Matyszkowicz, ur. 1981, mieszkaniec wsi, zielarz, filozof, redaktor Teologii Politycznej. Wydał tłumaczenie i komentarz traktatu De regno św. Tomasza z Akwinu (OMP, Kraków 2006) oraz zbiór esejów Śmierć rycerza na uniwersytecie (Teologia Polityczna, Warszawa 2010, nominacja do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza)&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/aktualnosci/fronda60.jpg&quot; width=&quot;100&quot; height=&quot;141&quot; alt=&quot;&quot; title=&quot;&quot;/&gt;Tekst ukazał się w 60. numerze &lt;a href=&quot;http://www.pismofronda.pl/&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Frondy&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Fri, 09 Sep 2011 10:56:08 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-niedokonany-czas-brokow-wildsteina/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Bocheński na wojnie</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-boche-ski-na-wojnie/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/7850resizedimage284174-Bochenski.jpg&quot; width=&quot;284&quot; height=&quot;174&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;„Celem wojny jest obrona słusznych praw naszej Ojczyzny” –czytam u o. Józefa Marii Bocheńskiego, w książce wydanej na samym początku istnienia III RP i – jak się zdaje – w III RP nieprzeczytanej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;III RP bowiem nie przygotowała się do własnej etyki wojny, istniała i istnieje, jakby wojen nie było, jakby były niemożliwe tu, teraz i w przyszłości, w tym naszym wspaniałym kraju, w drugiej Szwajcarii. Elity naszej Rzeczpospolitej uważają przecież nasz kraj za wyspiarski, to znaczy taki, któremu żaden zewnętrzny wróg nie zagrozi, a obawiać się należy co najwyżej wrogów wewnętrznych. Pewnie dlatego mieliśmy być drugą Japonią, a potem drugą Irlandią – w końcu jesteśmy krajem wyspiarskim i jeśli już bierzemy udział w jakiejś wojnie, to za pomocą naszych korpusów ekspedycyjnych. Zgodnie z tą myślą, likwidujemy stopniowo armię, myśląc co najwyżej o tych oddziałach, które mogłyby brać udział w misjach pokojowych (których także nie nazywamy wojnami).&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jeśli więc kiedyś jakaś wojna do nas jednak przyjdzie, jeśli nas zaskoczy, podejdzie, wydarzy się niespodziewanie, to będziemy musieli szybko drukować książeczkę Bocheńskiego, która na szczęście jest krótka i nie zabierze zbyt dużo cennego w czasach wojennych papieru. Będziemy ją mogli wkładać naszym wojakom do plecaka, a ci w ciężkich zmaganiach zostaną zmuszeni do przejścia szybkiego kursu męstwa bojowego. Bocheński przyjdzie im wtedy z pomocą, a oni będą myśleć – ba, będą się wściekać – że żadna szkoła, ani żaden mniej lub bardzie oficjalny program wychowawczy nie przygotowały ich do tego, co widzą i z czym muszą się zmierzyć.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ja przeczytałem wcześniej i mogę powiedzieć, że warto.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zresztą należy dodać, że Bocheński napisał pierwotnie ten tekst w 1938 roku, w obliczu nadciągającej wojny i publikował w odcinkach. W całości ukazał się on dopiero w 1993 roku. A zatem żołnierze kampanii wrześniowej nie mogli zabrać jej do plecaka. Pewnie nie musieli, bo swoim męstwem dowiedli, że cnoty, o których pisze autor, nie były im obce. Wszelako przeszli oni inne wychowanie i inną szkołę niż nasze pokolenia i nie musieli tak bardzo nadrabiać braków, z którymi my mamy do czynienia.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Są takie książki, które przedstawiają reguły niby dotyczące życia nam obcego i niezgodnego z naszą codziennością, a jednak na tę codzienność się przekładają. Taką książką jest na przykład Reguła św. Benedykta. Nie trzeba być benedyktynem, nie trzeba chodzić w habicie, słuchać opata i śpiewać chorał, żeby z tej reguły wyciągać pożytki.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Podobnie jest z „De virtuti militari” o. Bocheńskiego, która stanowi niezbędne przygotowanie do czasów wojny, a jednocześnie formułuje program wychowawczy dla każdego obywatela, nie tylko w wojennej zawierusze. Zresztą sam Bocheński pisze, że w czasach, w których do obrony ojczyzny jest zobowiązany każdy mężczyzna, etyka wojskowa dotyczy wszystkich, przynajmniej mężczyzn.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wreszcie jest to etyka w sensie klasycznym. Jej celem są nie tyle dywagacje nad rozmaitymi sytuacjami, z którymi może się spotkać żołnierz, ale przede wszystkim zmierza do kształtowania charakteru, czyli wychowania w cnotach. To skupienie na cnotach, tak rzadkie w naszych czasach i tak potrzebne, jest największą zaletą książeczki dominikanina.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Kolejną zaletą tego dziełka – jakbyśmy powiedzieli po Tomaszowemu: &lt;em&gt;opusculum&lt;/em&gt; – jest podkreślenie pozytywnej motywacji, jaka powinna towarzyszyć walczącym w słusznej wojnie. Sam Bocheński wielokrotnie podkreślał, że jednym z największych braków filozofii jest niedostateczne potraktowanie spraw miłości, zaniedbywanie filozofii miłości. Swój projekt etyki żołnierskiej autor wpisuje właśnie w ten projekt i wojna, którą przed nami rysuje jest walką motywowaną miłością.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Na wojnę idzie się więc z miłości do ojczyzny – niezależnie od tego, czy jest to wojna realna, ta prawdziwa, czy wojna nasza codzienna.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;I dalej. Pisze Bocheński, że pierwszorzędną sprawą jest wychowanie wyobraźni i uczuć. „Skoro więc nam zależy na tym, aby w naszych uczuciach odwaga i otucha przeważały nad obawą i zniechęceniem, i aby nasze popędy zachowały umiar, trzeba się starać o możliwe jasne i żywe wyobrażenie, które pożądane nastawienie mogą spowodować, a unikać tworzenia wyobrażeń o działaniu ujemnym. Innymi słowy, dążyć powinniśmy do wyrobienia w sobie wyrazistego obrazu ideału mężnego człowieka”.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Siadam zatem i tworzę sobie taki obraz. To najlepsza czynność na Rok Pański 2011.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;J.M. Bocheński, De virtute militari. Zarys etyki wojskowej, Philed, Kraków 1993&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tekst ukazał się w Nowym Państwie, nr 4/2011&lt;/p&gt;
&lt;pre&gt;&lt;br/&gt;&lt;/pre&gt;</description>
			<pubDate>Fri, 26 Aug 2011 08:29:42 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-boche-ski-na-wojnie/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Akademik bije bolszewika</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-akademik-bije-bolszewika/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/stories/komentarze/matyszkowicz_100_100.jpg&quot; width=&quot;100&quot; height=&quot;100&quot; alt=&quot;&quot; title=&quot;&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Przedwojenni inteligenci, broniąc świata cywilizacji zachodniej, musieli używać umysłu jako narzędzia walki politycznej&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;em&gt;Tekst ukazał się w Nowym Państwie nr 4/2011&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;„Oddziaływanie kulturalne na inteligencję jest bodaj że najgroźniejszą metodą podboju świata” – pisał w 1938 roku ks. Stefan Wyszyński, późniejszy prymas. Ten znakomicie wykształcony kapłan, oddany sprawom społecznym, dużą część swojej przedwojennej aktywności poświęcił walce z bolszewią. Wymagały tego oba pola jego aktywności duszpasterskiej – zarówno pozycja akademika, jak i duszpasterza środowisk robotniczych, wymuszała na nim dogłębne zajęcie się ponurą kwestią sowiecką i to nie jako problemem abstrakcyjnym, nie jako politologicznym ćwiczeniem, ale wyzwaniem jak najbardziej praktycznym.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jacek Kloczkowski i Filip Musiał, którzy w Ośrodku Myśli Politycznej zredagowali znakomitą antologię polskich tekstów antykomunistycznych, określili pracę, którą wykonywali polscy krytycy ideologii komunistycznej i jej sowieckiej realizacji, jako polską rację stanu. Od dania odporu sowieckiemu państwu – zarówno jako zagrożeniu zewnętrznemu, jak i groźbie rozsadzenia Polski od wewnątrz przez rewolucjonistów – zależała przeszłość RP.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Intelektualista na wojnie&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tu dochodzimy do paradoksalnej sytuacji, w jakiej znaleźli się przedwojenni polscy inteligenci. Broniąc świata cywilizacji zachodniej – tego świata, który opiera się na autonomii życia kontemplatywnego i niepragmatycznym pojęciu prawdy – musieli używać umysłu jako narzędzia walki politycznej. Oznaczało to więc przyjęcie po trosze adekwatnej do tej sytuacji koncepcji bycia intelektualistą. Wprawdzie nie rewolucjonisty, ale z pewnością kontrrewolucjonisty, politycznego rycerza. Ta walka nie odbywała się jednak w imię praktyki, ale pewnej wizji człowieka i ładu politycznego.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jeśli więc sięgamy do bogatego dorobku polskiej sowietologii dwudziestolecia międzywojennego, to o tych wątkach nie możemy zapominać. Tu nie tylko chodziło o starcie z obcym państwem, ale także – jeśli nie przede wszystkim – z obcym systemem wartości. Kard. Hlond mówił: „To, co się w Europie rozgrywa, jest gwałtownym zmierzchem epoki, której ducha zatruto. Tę niemoc powoduje bezwładność duchowa”&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A zatem u źródeł tej taktyki tkwi zdanie, które możemy znaleźć u Wyszyńskiego: „W Sowietach rozpoczął się kryzys człowieka, może boleśniejszy niż kryzys piatiletki” – przeto błędu, jakim jest ZSRS, nie można sprowadzać wyłącznie do wyizolowanego zjawiska historycznego; ten błąd jest głębszy, sięga antropologii i metafizyki. Po nim dopiero następuje nakaz praktyczny i polityczny: „należy w świadomości ludzkiej odnowić, względnie utrwalić należyte pojęcie pracy nie tylko jako czynności gospodarczej, ale moralnej i religijnej. Trzeba pracy przywrócić te wartości, które pod wpływem materializmu życiowego utraciła” – to zdanie pochodzi już od ks. Antoniego Szymańskiego.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Szeroka perspektywa&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zarówno Wyszyński, jak i Szymański, są ludźmi z kręgów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który w dziejach polskiej myśli sowietologicznej okresu międzywojennego zapisał piękną kartę. Specyfiką lubelskiej sowietologii było właśnie opisywanie problemów politologicznych, prawnych i ekonomicznych, spraw jak najbardziej praktycznych, w szerokiej perspektywie i w oparciu o pogłębioną wizję metafizyczną. Jak pisał wspomniany ks. Antoni Szymański, „Praca pozytywna obejmuje trzy dziedziny: życie gospodarcze, państwowe i cywilizacji duchowej”.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;KUL nie był oczywiście jedynym ośrodkiem, który w ten sposób podchodził do problemu bolszewii. Jeśli przyjrzymy się innemu wybitnemu ośrodkowi tamtych czasów, a więc kręgom wileńskim, które ostatecznie w 1930 roku stworzyły Instytut Naukowo-Badawczy Europy Wschodniej, to zobaczymy również szeroką perspektywę. W ramach Instytutu działały zarówno jednostki zajmujące się naukami praktycznymi, jak i wydział filologiczny. W Wilnie wreszcie działał Marian Zdziechowski, jeden z najciekawszych i najbardziej przenikliwych krytyków bolszewii. KUL wyróżniał się jednak jako szkoła jednolita, odwołująca się do myśli klasycznej i do cywilizacji klasycznej. Bolszewizm w tej perspektywie jest nową barbarią, dziką Azją, ale też skutkiem najgorszych elementów, które kumulowały się w samej cywilizacji zachodniej. By użyć patetycznego stwierdzenia wybitnego uczonego z KUL, Ignacego Czumy: „Ta straszna zdrada Boga, to bezwstydne i zuchwałe urąganie Bogu, które rozpoczęła gnijąca część Zachodu, szczególnie państwo ateistyczne, a kończy bolszewizm, wyzwalając państwo z podlegania Prawu  Bożemu, nie ujdzie bezkarnie!”&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;I to kolejny punkt, który wyróżnia lubelską szkołę sowietologiczną. Krytykując ZSRS, przyglądają się też krytycznie panującej na Zachodzie koncepcji państwa i prawa. Dostrzegają tam tę samą zarazę, choć w stężeniu znacznie mniejszym i ze skutkami nie tak bardzo straszliwymi. Za najbardziej przenikliwą powinna tu uchodzić praca Ignacego Czumy właśnie: „Dzisiejsza filozofia sowieckiego prawa a romantyzm prawniczy”.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Powrót do chrystianizmu&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zarówno Ignacy Czuma, jak i Czesław Martyniak, w swojej pracy koncentrowali się przywracaniu klasycznych dla Europy założeń porządku prawnego, krytykując prądy XIX i XX wieku. Czuma zauważył istotne podobieństwa między Leninowskim pojęciem państwa i prawa, a dominującym w Europie zachodniej legitymizmem i pozytywizmem prawnym. To, że w Europa nie zrobiła jednak z tak pojętego prawa użytku równie zbrodniczego, co sowiety, przypisać należy „wyrobieniu moralnemu”, sile społeczeństw Zachodu – temu wszystkiemu, co pozostawiło po sobie chrześcijaństwo i co jeszcze świadczy o poprzednich epokach.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Bolszewicka Rosja jest dla lubelskich teoretyków miejscem szczególnym – to tam można zobaczyć skutki najbardziej zdegenerowanych idei, które zrodziły się na Zachodzie i wciąż po nim krążą. Tak jest chociażby z walką z chrześcijaństwem. Na Zachodzie jej instrumentem jest rozdział Kościoła od państwa i Kościoła od szkoły. Podobnie w ZSRS. Tylko że w tym drugim wypadku jest to bardziej stanowcze i konsekwentne. Zaczyna się od uznania religii za rzecz wyłącznie prywatną, by następnie podjąć pracę nad usunięciem religii także ze sfery prywatnej. Wolność religijna zaczyna być pojmowana jako wolność od religii – zarówno w wymiarze społecznym, jak i jednostkowym. Za każdym razem dokonuje się to za parawanem wyzwolenia człowieka od absolutu. Ostatecznie jednak jeden absolut zostaje zastąpiony drugim. W miejsce Boga pojawia się państwo, społeczeństwo, partia, klasa. Podobnie i w prawie małżeńskim. Sowiety najpierw wyrównały swoje zacofanie względem Zachodu i wprowadziły śluby cywilne oraz ułatwiły rozwody. Następnie poszły o krok dalej i zaczęły uznawać jako obowiązujące wyłącznie śluby cywilne. W ten sposób „to, co było teorią na Zachodzie propagowaną, stało się tutaj normą prawną”.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;I teraz kwestia zasadnicza: w jakim sposób cywilizacja zachodnia może dać odpór bolszewikom na gruncie państwowo-prawnym. Jak zauważają niektórzy, prawo jest porządkiem – bolszewizm zaś jest jego negacją. Jak jednak określić porządek? Zarówno Zachód, jak i bolszewicka Rosja, opierają na pozytywistycznie rozumianym prawie – to znaczy o legalności aktu decyduje to, czy został on wydany przez uprawniony do tego organ, a nie inne przesłanki, na przykład metafizyczne czy moralne. Ale tak jest tylko w formie. Materialnie prawo zachodnie wypełnione jest treściami, które wynikają z pewnej metafizycznej i moralnej tradycji, którą z kolei bolszewicy odrzucili w całości. Jedynym ratunkiem dla Zachodu jest uwyraźnienie, ponowne wydobycie i wyrażenie wprost tej całej sfery aksjologicznej, na której została oparta cywilizacja.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Lubelscy profesorowie używali tu modnego wtedy określenia „chrystianizm”. Chodziło o chrześcijaństwo rozumiane szeroko, także w jego warstwie kulturowej. Ów chrystianizm był dla nich najlepszą bronią przeciw bolszewickiej zarazie – tej rozumianej ściśle i lokalizowanej w Sowietach i tej rozumianej szeroko, jako gnicie kultury Zachodu. By posłużyć się tytułem jednego z tekstów Czumy: filozoficzne punkty styczne Zachodu i bolszewizmu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Dwie rewolucje&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Bo rewolucje – jak uczą klasycy historiografii – są dwie. Jedna jest wydarzeniem. To ta rewolucja, która zapisujemy i oznaczamy datą. Umiejscawiamy. Ta rewolucja dokonuje się na zewnątrz, jest widoczna. Inna rewolucja jest trudniej uchwytna. To rewolucja rozumiana jako proces. Ona dokonuje się wewnątrz – wewnątrz kultury i ludzkiego umysłu. Krok po kroku zmienia prawa i obyczaje.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tak samo można rozumieć bolszewię – jako zjawisko historyczne, zawężone do pierwszych lat istnienia ZSRS. Albo jako zjawisko kulturowe o wiele szersze. W ten sposób można rozumieć tezę lubelskich sowietologów o tym, że istnieje związek między rewolucją bolszewicką a kulturą intelektualną Zachodu. Ten bolszewizm nie kończy się wraz ze śmiercią kolejnych wodzów, ale trwa. Bo ta część diagnozy naszych myślicieli, która odnosi się do Zachodu, wydaje się pozostawać aktualna.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jakie są konsekwencje tez lubelskich sowietologów? Co mówią nam one nowego o ZSRS i wreszcie o Rosji samej?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A zatem rewolucja w skali mikro – za to wyraźna dzięki własnemu radykalizmowi, doprowadzona do końca. I ta druga rewolucja, która dokonuje się w skali makro, w obrębie całej cywilizacji Zachodu, mniej wyraźna, bo postępująca powoli i bezkrwawo.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rosja w tej koncepcji jest nie tyle antytezą Zachodu, co jego peryferiami. Jak każde peryferia, Rosja jest nieukształtowana w pełni – jak pisałem w poprzednich tekstach – nie ma własnej formy, ale czeka na to, by tę formę jej nadać. Formowanie Rosji na nowo nie jest trudne, bo na przeszkodzie tego procesu nie stoją formy starsze, ale bezwład właściwy obszarom nieukształtowanym.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jeśli jednak chcemy dobrze zrozumieć centrum, musimy się wybrać na peryferia. Na obrzeżach można zobaczyć przyszłość – ten czas, kiedy to rewolucja w skali makro, ta dokonująca się na całym Zachodzie, dojdzie do własnego kresu, kiedy idee zostaną wreszcie zrealizowane.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nie jest to zarazem proces bezwolny, podległy jedynie historycznym koniecznościom. Doświadczenie leninizmu powinno wyzwalać nas z przekonania o nieuchronności i braku ludzkiego sprawstwa w procesie rewolucyjnym. Rewolucja bolszewicka wybuchła bowiem tam, gdzie nie powinna – gdzie nie było warunków do jej rozwoju, w kraju bez kapitału, burżuazji i klasy robotniczej. A jednak dokonała się jako pomieszanie ludzkiej woli, zdecydowania garstki wywrotowców i zainfekowania umysłów ideowymi odpadami z Zachodu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tylko w kraju pozbawionym formy, gdzie nie ma trwałych instytucji społecznych, mógł się zrealizować Marksowy projekt – i tam mogliśmy go oglądać w wersji czystej, najbardziej radykalniej. Jak obraz należy malować na czystym płótnie, aby wydobyć na jaw wszystkie plamy barwne i dowolnie je komponować, tak samo rewolucję należy oglądać w jej czystym wydaniu, zrealizowanym na czystej ziemi.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Takie spojrzenie różni się nieco od wizji wypracowanych w Warszawie i Wilnie, chociaż powyższy opis procesu rewolucyjnego byłby bliski także Marianowi Zdziechowskiemu, który był wrażliwy również na proces rewolucyjny ukryty w kulturze Zachodu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wszelako inni sowietolodzy lubili pokazywać rewolucję i państwo sowieckie nie jako zerwanie i nowy początek, ale kontynuację. Szukali zarodków tego, co stało się na Wschodzie w kulturze carskiej Rosji. Dla Bogdana Jasinowskiego, na przykład, ważny był pierwiastek religijny jako sposób tłumaczenia genezy sowieckiej rewolucji. Mniej religijnie, za to bardzie politycznie, taką ciągłość widział Jan Kucharzewski, a za nim Adam Krzyżanowski. Pisali oni o ciągłości rosyjskiej koncepcji władzy – o tym, jak biały carat przerodził się w czerwony. Kolejni przywódcy państwa sowieckiego nie byli w tej wizji nowymi włodarzami, ale kontynuatorami Romanowów.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nihil novi – taka linia uderzała w zasadniczą tezę głoszoną przez sowieckich ideologów, którzy kładli nacisk na nowe rozdanie i zasadniczą zmianę, jaką przyniosła rewolucja.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wszelako pomiędzy tezą o rewolucji jako budowaniu nowego antyporządku, a dostrzeganiem ciągłości władzy w Rosji nie ma sprzeczności. Obie tezy wzajemnie się uzupełniają i rzucają nowe światło nie tylko na to, co stało się na Wschodzie, ale także na sytuację całego Zachodu. Oba sposoby budowania myśli sowietologicznej należy wreszcie uznać za wkład własny polskiej inteligencji w rozumienie relacji pomiędzy Wschodem i Zachodem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Doświadczenie własne – terroru zarówno carskiego, jak i sowieckiego – skutecznie obroniły polską sowietologię przez mitologizacją &lt;em&gt;ancien regime&lt;/em&gt;’u, której mogli ulec zachodni sowietolodzy, którzy, spotykając się głównie z białą emigracją, skłonni byli do nadmiernego żalu za dawną Rosją. Polska inteligencja wiedziała, że ani nie ma za czym tęsknić, ani z czego się cieszyć.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;***&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nie sposób tu nie polecić znakomitych antologii i wydań źródeł, które przygotowuje Ośrodek Myśli Politycznej. Lubelskich myślicieli można czytać chociażby w antologii „Obiektywna podstawa prawa”. Ignacemu Czumie poświęcony jest osobny tom pt. „Absolutyzm ustrojowy”. Wreszcie prawie wszystkie cytowane powyżej teksty można odnaleźć w antologii przygotowanej przez Jacka Kloczkowskiego i Filipa Musiała „W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej” Osobno wydany został Bogdan Jasinowski.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Znakomity wybór źródeł i opracowań można znaleźć w Internecie na stronie Polskie Tradycje Intelektualne (&lt;a href=&quot;http://www.polskietradycje.pl/&quot;&gt;WWW.polskietradycje.pl&lt;/a&gt;), którą prowadzi także OMP.&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Tue, 16 Aug 2011 09:34:31 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/mateusz-matyszkowicz-akademik-bije-bolszewika/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Wiedza radosna</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/wiedza-radosna/</link>
			<description>&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/stories/komentarze/matyszkowicz_100_100.jpg&quot; width=&quot;100&quot; height=&quot;100&quot; alt=&quot;&quot; title=&quot;&quot;/&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;strong&gt;Jedna z towarzyszek mojej podróży oddawała się wiedzy radosnej&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Radosna wiedza jechała pociągiem Kolei Mazowieckich, jednym z tych biało-zielonych, z żółtym słoneczkiem, mknącym chyżo po torach. Tłoku nie było prawie wcale, bo stojąc, można było jeszcze znaleźć miejsce, żeby nieco wysunąć rękę i trzymać w niej książkę.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Więc, kiedy jechałem tym pociągiem i czytałem, to czytałem, jak zwykle, książkę swoją i dziesięć cudzych. Łypałem, jak to się mówi, na prawo i lewo.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Edukacyjny walor podróży koleją jest mi znany od dawna, poszerza moje skromne horyzonty i daje poczucie kulturalnej wspólnoty z innymi. Dzięki tym jazdom przeczytałem nie tylko zawartość własnej biblioteki, ale i cudzych. Moja wiedza literacka obejmuje już teraz także Grocholę, Folleta i Protokoły Mędrców Syjonu, jest przy tym specyficzna i oryginalna, ma te wszystkie zalety, które dają dogłębne studia komparatystyczne. Zdana jest przy tym na żywioł, nie wiążą jej żadne sztywne zasady, kaprysy, jakie mają niektórzy – ci biorący ksiązki z bibliotecznego katalogu, krzywiący się i szperający w fiszkach. To komparatystyka w pełni przypadkowa, a lektura symultaniczna.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Więc jechałem wczoraj tym pociągiem, mknąłem nim raczej, tą zwiewną kupą żelastwa, i czytałem jakieś tam pamiętniki w czasie, gdy jedna z towarzyszek mojej podróży, poprawiając swoje długie włosy, oddawała się wiedzy radosnej. Robiła to dosłownie, bo czytała właśnie Nietzschego „Wiedzę radosną”. Czytała z miną poważną. Jej ładnie umalowane oczy rozszerzały się, to przymykały, skupienie było widoczne na przypudrowanym czole, a karminowe usta nie zdradzały ani oburzenia, ani radości.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ta dość chłodna reakcja na radosną wiedzę, chłodniejsza niż wskazywałby na to temperament autora, ta nieprzystawalność czytelnika do pisarza, przypomniała mi anegdotę o zakonnicy, która regularnie medytowała w kościele. Inspiracji do rozmyślań szukała zawsze w niewielkiej książeczce, która wszelako nie wyglądała ani na brewiarz, ani na Pismo święte. Zaciekawiony tym ksiądz podszedł do siostry i wziął do ręki jej książeczkę. Okazało się, że to „Tako rzecze Zaratustra”.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;A zatem nie zdziwiło mnie to, że ładna dziewczyna czyta Nietzschego, bo widziałem już ładniejsze, które czytały Husserla, a także brzydsze, które nie rozumiały nawet Tatarkiewicza – chodzi mi tylko o tę chłodną dość reakcję na wiedzę radosną, która ani nie przynosiła jej szczęścia, ani nie przeraziła. Podejrzewam, że wspomniana wcześniej zakonnica mogła przeżywać religijną ekstazę, czytając „Tako rzecze…”. Natomiast potraktowana z takim chłodem proklamacja śmieci Boga w „Wiedzy radosnej” jest bardzo pouczająca.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Nie musi ona świadczyć o religijnym indyferentyzmie, ale raczej o tym, że nawet najmocniejsze proroctwa okazują się banalne, gdy znika kulturowa atmosfera, w której zostały wypowiedziane. Chyba nawet lepiej, że ponure proroctwa przyjmowane są z obojętnością, bez zbędnej ekscytacji -  nie są już ani wiedzą radosną, ani posępną. Trudno tez mówić, aby były niewczesne, skoro ten czas pośredni – moment, gdy były na czasie – dawno już minął.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Po powrocie do domu sporządziłem listę współczesnym proroctw, które za sto lat będą czytać piękne niewiasty w chyżo mknących pociągach – równie szybkich, jak te nasze współczesne.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;em&gt;Mateusz Matyszkowicz&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Fri, 12 Aug 2011 14:49:35 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/wiedza-radosna/</guid>
		</item>
		

	</channel>
</rss>
