| Teologia Polityczna |
|---|
| Newsletter |
|---|
|
|
| Odwiedziło nas |
|---|
|
|
|
|
| Trzeci Punkt Widzenia |
|
|
24 stycznia 2010
O postaci Ali Agcy, Henryku Elzenbergu i upadku państwa na Haiti.
Dariusz Karłowicz: Dzień dobry Państwu. Witam w kolejnym programie "Trzeci Punkt Widzenia". Ze mną w studio Dariusz Gawin i Marek Cichocki. Dzisiaj zapraszamy na rozmowę wokół postaci Ali Agcy. Porozmawiamy także na temat znakomitego polskiego filozofa, Henryka Elzenberga. Na końcu zaś chcielibyśmy podyskutować o sprawach związanych z tragedią na Haiti. Zapraszam Państwa.
Narrator: "Ogłaszam koniec świata. Planeta zostanie zniszczona jeszcze w tym stuleciu. Umrą wszystkie ludzkie istoty. Jestem wiecznym Chrystusem.". To powitalne zdania z oświadczenia Ali Agcy, które przekazał jego prawnik tuż przed wyjściem Turka z więzienia. Później Agca powtarzał: "Cały świat zostanie zniszczony w tym wieku. Każdy człowiek umrze.". Co skłoniło człowieka, który strzelał do papieża 13 maja 1981 roku, a po 30 latach spędzonych w więzieniu wyszedł na wolność, do takich chorych wynurzeń? Może jest mistykiem, prorokiem, którego nikt nie chce zrozumieć? A może jest to po prostu chęć wywołania jak największej wrzawy medialnej, która ma mu przynieść gigantyczne pieniądze? 52-letni Agca napisał, że zamierza się skontaktować z Danem Brownem, autorem "Kodu Leonarda Da Vinci" i razem z nim napisać sensacyjną książkę. Według nieoficjalnych informacji, stacje telewizyjne, radiowe i wydawnictwa są gotowe zapłacić miliony dolarów za wywiad lub książkę Agcy. Szef klubu rządzącej we Włoszech partii Lud Wolności Mauricio Gasparri wyraził przekonanie, że należy powstrzymać tych, którzy chcą zrobić gwiazdę z Alego Agcy. Do dziś jednak są aktualne pytania, stawiane od niemal 30 lat. Kto stał za zamachem na Jana Pawła II - komunistyczne służby specjalne, islamscy fundamentaliści, a może Ali Agca działał na własną rękę?
Dariusz Gawin: To jest wyjątkowo obrzydliwe widowisko, bo tu w ogóle nie chodzi o fakty. Mówiłeś o tym, że przypomina się fakty, ale one są tylko tłem na którym tylko wystawia się tę sztukę. Której główny celebryta jest ekstrawagancki. I jak każda osoba ekstrawagancka może zrobić raz to, raz to. Kiedy siedział w więzieniu, to przedstawił kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset wersji wydarzeń, które rekonstruowały sam zamach. Nie tylko przedstawiał najróżniejsze wersje, ale bez przerwy zmieniał opis motywacji, czy sensu tego, co się stało. Jednocześnie potrafił być w swoich opowiadaniach wrogiem Kościoła, narzędziem Boga, żarliwym katolikiem i duchowym bratem papieża. Teraz po wyjściu z więzienia okazuje się, że jest kimś w rodzaju mesjasza, czyli w gruncie rzeczy antychrysta. Człowiekiem, który twierdzi, że próba zabicia papieża była początkiem epoki końca świata. Jednocześnie jest wariatem i mitomanem, ale i kimś, kto bardzo przytomnie grał z włoskim wymiarem sprawiedliwości przez 30 lat. Ostatecznie też wszystko załatwił tak, że zleceniodawcy go nie zabili. (Dariusz Karłowicz: Więc z nimi też grał dość przytomnie.). Teraz będzie opowiadał swoje niestworzone bajdy, oni będą to kupowali, a na dodatek, jeżeli to prawda, Dan Brown będzie z nim pisał książkę. Kompletne obrzydlistwo.
Marek Cichocki: Wyobraźcie sobie teraz, że jeżeli by zrealizował swój zamiar przyjazdu do Rzymu, żeby pomodlić się nad grobem Jana Pawła II, albo wpadł na jeszcze genialniejszy marketingowo pomysł, czyli pojechał na przykład do Wadowic, do domu papieża, to jakież używanie miałyby wtedy media (Dariusz Karłowicz: Już wpadł, występował przecież o polskie obywatelstwo.). Można byłoby zrobić fantastyczny reality show, przy którym kolejna historia kolejnego rozwodu jakiejś gwiazdy hoollywoodzkiej byłaby zupełnym banałem i kompletną nudą, przy której wszyscy by ziewali. Z drugiej strony ta sytuacja wokół Ali Agcy nie jest niczym nowym. Na przykład u Musila w "Człowieku bez właściwości" jest opisana postać mordercy, który staje się pupilkiem opinii publicznej Wiednia. Staje się ozdobą różnego rodzaju spotkań rautów, czymś w rodzaju maskotki całego środowiska wiedeńskiego. Sięgając głębiej, jeszcze dalej w historię, można powiedzieć, że rzymska fascynacja gladiatorami też jestem niczym innym, jak właśnie przejawem tego samego zjawiska. I podobne, w związku z tym, narzekania budzi u współczesnych rzymskich moralistów W historii Ali Agcy jest jednak coś nowego i niepokojącego. O ile tamte sprawy miały jednak do czynienia z niezdrową ludzką fascynacją tym, co złe w ludzkim działaniu i zachowaniu, ciemną stroną ludzkiej natury, to tutaj następuje przesunięcie zainteresowania w ogóle w obszar, który w ogóle nie poddaje się jakimkolwiek kategoriom dobra czy zła (Dariusz Gawin: Poza dobrem i złem.). Tak, jest to poza dobrem i złem. I wówczas Ali Agca cieszy się jakąś dziwaczną, niepokojącą równością zainteresowania z Matką Teresą, a zaraz potem w szeregu stawia się Leonardo di Caprio czy Davida Beckhama.
Dariusz Karłowicz: Tu się liczy na przykład kogo on zna, a Ali Agca znał papieża. To jest taki pop-nietzscheanizm na całego. Nie przepadam za Nietzschem, ale ile razy widzę, co mu zrobiono, to mu troszkę współczuję. Swoją drogą jestem ciekaw, jak szybko to zjawisko dotrze do Polski. Jeśli poszukać jakichś analagii, to skala potworności byłaby pewnie podobna do tego, gdyby kapitan Piotrowski okazał się celebrytą w polskich warunkach, zaczął tańczyćw "Tańcu z Gwiazdami" (Dariusz Gawin: Na szczęście to jest jeszcze trudno wyobrażalne.). Albo poszłaby w media sensacyjna wiadomość, że pisze powieść, w której ujawni caluteńką prawdę i pisze ją z jakimś polskim Danem Urbanem Brownem. A potem dostanie "jedynki" za wyznanie, że bardzo kochał swoją ofiarę. A potem z kolei znowu je dostanie za stwierdzenie, że Kościół jest okropny, spychając Dodę-elektrodę. Bardzo jestem ciekaw, czy takie obrzydlistwo może do nas dotrzeć. I szczerze mówiąc myślę sobie, gdybym szukał korzeni, że to nie gladiatorzy są tutaj kontekstem, tylko stary pomysł, żeby stać się sławnym, a najpierw spalić świątynię i z tej przyczyny zyskać wiekuistą sławę. To prawdopodobnie też jest jakiś obszar, który ma swoją stałość, w naszej nie zawsze pięknej kulturze.
Rozdział II
Narrator: Henryk Elzenberg był bez wątpienia jednym z najwybitniejszym polskich etyków. Urodził się w 1887 roku w Warszawie. Studiował na Uniwersytecie Paryskim. Jako ochotnik-szeregowiec Pierwszej Brygady Legionów brał udział w I wojnie światowej. W latach międzywojennych pracował jako nauczyciel, wykładowca i dyplomata. W październiku 1945 otrzymał tymczasową, a rok później stałą nominację na profesora zwyczajnego w drugiej katedrze filozofii Uniwesytetu Mikołaja Kopernika. Zmarł 4 kwietnia 1967 roku. Jest pochowany na warszawskich Powązkach. Jest autorem słynnego "Dziennika filozoficznego", prowadzonego przez prawie 56 lat, a także traktatów "Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu.", "Wartość i człowiek", "Rozprawy z humanistyki i filozofii" oraz "Próby kontaktu. Eseje i studia filozoficzne". Elzenberg uważał się raczej za artystę niż uczonego. Przez całe życie pisywał utwory poetyckie, które jednak nigdy nie zostały oficjalnie wydane. Był intelektualnym mentorem dla Zbigniewa Herberta.
Dariusz Karłowicz: Widać i jest to przerażające, jak wielka jest wyrwa w tym, co nazywa się łańcuchem pokoleń w humanistycznej tradycji. Jest mnóstwo nazwisk, które myśmy czytywali w samizdacie i wydawało nam się , że są one przy nas. Bobkowski, Zieliński, Halecki, Stempowski czy bardzo ważny dla mnie Jasinowski... Wydawało się, że uda się zachować ciągłość. Po pewnym czasie widać, że to jest tak naprawdę archeologiczne zajęcie. Można ich wydobywać z bibliotek, ale jeśli nie ma tej sekwencji uczniów (Marek Cichocki: Nie ma żywej łączności.)... Usuwanie z uniwersytetów, wywalanie za granicę - w ten sposób udało się komunistom w jakimś sensie skomunizować humanistykę. Coś zatrzymano. W tych postaciach, o których mówiłem, są takie rysy które, niestety, są niesłychanie rzadkie jako ideał. To są ludzie z natury znakomicie zakorzenieni w Europie i świecie, fenomenalni specjaliści w swoich dziedzinach. A zarazem patrioci, ogromnie zaangażowani w budowę niepodległego państwa. I ludzie z takim rodzajem wewnętrznego pionu; czegoś niepodrabialnego. Czymś takim charakteryzował się dla swoich uczniów choćby Elzenberg.
Dariusz Gawin: Mówisz o tym zerwaniu ciągłości pokoleń. Ale Elzenberg miał przynajmniej jednego wybitnego ucznia, choć nie-filozofa, czyli Zbigniewa Herberta. Każdy polski inteligent zna cykl pana Cogito i wiersze Herberta, ale nie każdy wie, że Herbert był uczniem Elzenberga i że bardzo wiele w jego poezji wyrasta z obcowania z mistrzem duchowym jego młodości. Co do jego tekstów, to oczywiście są one naukowe. To nie są teksty, które mogłyby być szeroko czytane. Wyjątkiem jest jedna książka, należąca do najważniejszych książek polskiej humanistyki XX wieku, czyli "Kłopot z istnieniem", jego dziennik filozoficzno i duchowy, który prowadził przez kilkadziesiąt lat. Zaczął go pisać przed I wojną światową, skończył w PRLu. To jest wielki portret człowieka, ktory pracuje całe życie nad sobą. Jest harmonijny i integralny w tej pracy, co bardzo kontrastuje z naszą epoką, dosyć płytką, nerwową, szybką, w której wszystko dzieje się jakby nie do końca. To jest wielkie dzieło - książka, która jest świadectwem życia.
Marek Cichocki: Wewnętrzne poukładanie, które jest oczywiście formą pracy intelektualnej, daje mu coś absolutnie bezcennego wkontekście wydarzeń XX wieku w Polsce. Mianowicie wewnętrzną wolność. Jest to człowiek bezwzflędnie, absolutnie wolny, pomimo tego wszystkiego, co się dzieje wokół niego. Jest wolny w okresie międzywojennym od różnego rodzaju mód, które napływają do nas z różnych stron. W tym sensie jest absolutnym przeciwieństwem Brzozowskiego. Jak się czyta pamiętnik Brzozowskiego i porównuje z "Kłopotem z istnieniem" Elzenberga, to widać tą niesamowitą różnicę. Brzozowski jest ogarnięty jakąś absurdalną gorączką czytania wszystkiego i próby zrozumienia każdego autora, niezależnie od tgo, czy ten autor ma w ogóle jakąkolwiek wartość. Podczas gdy w wypadku Elzenberga widoczny jest chłodny ogląd intelektualny, solidna lektura i solidna refleksja. Ta sam wolność powoduje, że po drugiej wojnie światowej jest on kompletnie immunizowany i wolny od totalitarnego zniewolenia. Po prostu. Jeśli znowu porównać go z Brzozowskim, to można przypuszczać, że gdyby ten dożył PRLu, to przeszedłby wszystkie etapy PRLu bardzo aktywnie. Od stalinizmu po, prawdopodobnie , mszę w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Natomiast Elzenberg jest na te wydarzenia immunizowany. Prawdopodobnie dlatego też intelektualnie i etycznie tak fascynował Herberta, który chciał i widział w nim swojego mistrza.
Dariusz Karłowicz: Widzę w jego postawie źródło dystansu połączonego z poczuciem humoru u Herberta. Rzeczywiście, jeżeli czytać z perspektywy Brzozowskiego Elzenberga, to nic nie jest zrozumiałe. Ma on jednakowy dystans do rzeczywistości - widać to w polityce - bez względu na to, czy jej sprzyja, czy też traktuje ją, mówiąc najdelikatniej, krytycznie. Nawet jeśli czyta się fragmenty międzywojenne, to one są zaskakujące. Człowiek, który jest legionistą, ochotnikiem w 1920 roku, o polityce pisze tak, jakby jej prawie w ogóle nie było. Mógłby opowiadać historię, analizować to, wnikać. Później oczywiście odbieramy to jako cnotę, kiedy w PRLu okazuje dystans. Ale godne podkreślenia jest to, że nie ekscytuje się walką puławian z natolińczykami, nie zastanawia się, co będzie po Gomułce i czy przełom nastąpi, czy nie. Nie daje się uwieść wizji wielkiego awansu społecznego, te wszystkie natchnienia są mu obce. Bo to jest stoik. Być może ten stoicyzm w XX wieku jest czymś zaskakującym, bo nie mieści się w gotowych wzorcach. Pewnie ten wątek poszukiwania człowieka w stoiku, czy dramatu człowieka w stoiku, natchnął Herberta do napisania pięknego wiersza dedykowanego Elzenbergowi. Wiersza o Marku Aureliuszu.
Rozdział III
Narrator: Znów zatrzęsła się ziemia na Haiti. Mieszkańcy jeszcze nie ochłonęli po tym, jak ponad tydzień temu ten kraj nawiedziła najgorsza klęska od 200 lat. Stolica kraju Port-au-Prince została zrównana z ziemią, a na ulicach zalegają stosy ciał wydobywanych spod gruzów. Do tej pory naliczono 70 tysięcy zabitych, ale szacuje się, że zginęło od 100 do 200 tysięcy ludzi. Są tysiące rannych, a dziesiątki tysięcy nie mają dachu nad głową. Od czasu katastrofy spod gruzów wyciągnięto ponad 90 żywych ludzi. Działają tu 43 międzynarodowe ekipy poszukiwawcze, w których pracuje 1739 ratowników i 161 psów. Cały świat zadeklarował pomoc, która liczona jest już w miliardach dolarów. Miejscowa policja i 9 tysięcy żołnierzy sił pokojowych ONZ stacjonujących na Haiti nie są w stanie utrzymać porządku. Dochodzi do masowych grabieży i napadów, a w stolicy co chwilę słychać strzały. Stany Zjednoczone zadeklarowały, że biorą pełną odpowiedzialność za to państwo; chce tam wysłać 20 tysięcy żołnierzy dla przywrócenia porządku. Jednak Ameryka jest oskarżana o to, że pod pretekstem misji humanitarnej planuje przejęcie władzy na wyspie. Francja zażądała od ONZ wyjaśnienia, dlaczego Stany Zjednoczone zdominowały misję pomocy humanitarnej dla Haiti. "Chodzi przecież o pomaganie, a nie o okupację wyspy" - stwierdził jeden z francuskich ministrów. Zirytowała go informacja, że francuski samolot wiozący szpital polowy na Haiti został zawrócony z kontrolowanego przez amerykańskie wojsko lotniska w Port-au-Prince. Mógł wylądować dopiero dzień później. Amerykanie przypominają, że lotnisko, na którym przed trzęsieniem ziemi lądowały zaledwie 3 samoloty dziennie, teraz musi przyjąć nawet 90 maszyn .
Dariusz Karłowicz: Muszę powiedzieć, że kiedy oglądałem obrazy z Haiti, to ze wstrętem myślałem o bredniach, które wygadują rozmaici guru anarchizmu. Zarówno ci tradycyjni, ciągle obecni, XIX-wieczni, jak i ci nowi, którzy opowiadają o ponad czy postnarodowej utopii, którymi karmi nas pospołu lewica i liberałowie. Trzeba powiedzieć, że tak jak nie ma życia bez wody i tlenu, tak nie ma cywilizacji bez państwa narodowego. W obecnych warunkach jakoś nie stwierdzono takiego zjawiska. I żadne siły międzynarodowe i żadne organizacje humanitarne nie są zdolne zastąpić wojska, policji, służby zdrowia i edukacji, którą może zagwarantować tylko suwerenny rząd. Można oczywiście na krótko powstrzymać rabunki i rzeź, ale na dłuższą metę to jest metoda na dostarczenie wody i żywności, a nie na wprowadzenie ładu. Anarchia znaczy po prostu bezrząd. Bezrząd, który sam w sobie kończy się po prostu tragedią. To było słowo, które u starożytnych Greków budziło po prostu grozę (Dariusz Gawin: Synonim nieszczęścia.). W ogóle nie wymagało komentarza. Oni znali ten stan bardzo dobrze z własnej, codziennej obserwacji, myśmy o nim zapomnieli. Mam tak poczucie, że przy okazji zgłupieliśmy.
Marek Cichocki: Mówiłeś o Grekach. Kreon w swojej pierwszej mowie posługuje się argumentem anarchii na rzecz swoich rządów. To jest to, co całkowicie legitymizuje jego władzę; tyle wystarczy. Z kolei w czasach nwoożytnych realistyczny, brutalny obraz stanu natury przypominał o moralnej funkcji państwa. Nawet jeżeli mają rację ci, którzy mówią, że co z tego, jeśli państwo nie czyni ludzi lepszymi. Być może nie czyni lepszymi. Ale jednak pełni funkcję takiego katechonu, tego, który powstrzymuje u ludzi to, co jest ich mroczną stroną. Tę bestię, która się w nich czai.
Dariusz Gawin: Jeszcze raz apelujemy do Państwa o hojność i wpłacanie datków na fundacje, które niosą pomoc ofiarom tej wielkiej tragedii. |