Teologia Polityczna




Newsletter
Odwiedziło nas

 

Fundacja Świętego Mikołaja

 

Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Instytut Stefana Starzyńskiego

 

Centrum Myśli Jana Pawła II

 

Stowarzyszenie Twoja Sprawa

 

Ośrodek Myśli Politycznej

 

Fundacja "Dzieło Nowego Tysiąclecia"

 

Instytut Tertio Millennio

 

Muzeum PRL

 

Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej

 

Nowa Europa

 

Dialogi Polityczne

 

Nowe Kryteria

 

First Things

 

Christianitas

 

Fronda

 

Arcana

 

Międzynarodowy Przegląd Polityczny

 

Pressje

 

Biuletyn IPN

 

Zeszyty Karmelitańskie

 

Ius et Lex

 

Labolatorium Więzi

 

W drodze

 

Nowe Państwo

 

Gość Niedzielny

 

ETHOS

 

 

 

 

Radio Wnet

 

Salon24.pl

 

duchowy.pl

 

Fidelitas

 

Kresy.pl

 

Wydawnictwo WAM

 

Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska

 

 

 

 

Instytut Tomistyczny

 

 

 

 

 

 

STOP PORNOGRAFII

 

 

 


  

 

Mecenta TP

 


  


 


 


 


 

 

Niebezpieczna pamięć Email

ImageMateusz Matyszkowicz

 

 

 

Negujący historię są jak pobożne ciotki, którym straszna jest nagość i najchętniej zamknęłyby się w futerale na ciało. Tu zaś próbuje się tworzyć futerał na historię na tyle mocny i gruby, aby żaden skandal z niego się nie wydostał. Aby wszystko było ukryte i zapomniane.



 Teksty ukazał się w Nowym Państwie (4/2010)
 
Trudno o coś bardziej niebezpiecznego od pamiętania i przypominania. Jeśli chcemy życia prawdziwie dynamicznego i żywej polityki, dbajmy o to, żeby historia nie znalazła się w chronionym muzeum.

O pamięci można mówić wiele. Można poświęcać jej górnolotne teksty, prawić o niej nieustannie i pisać wiersze. Cóż z tego, że będzie to piękne, skoro nieprawdziwe. Pamięci bowiem nie ma.

Pamięć nie istnieje. Bo czym miałaby być? Rzeczą, jakich wiele w świecie? Duchem? Tysiącem duchów? Czy unosi się nad światem, jak duch z opisu stworzenia świata w Księdze Rodzaju? Pamięci nie ma, bo nawet jeśli przejdziemy pół świata, albo i cały, to jej nie znajdziemy.

Pamięci nie ma, bo świat jest, jaki jest, a pośród licznych rzeczy tego świata nie ma pamięci. Czy ktoś byłby gotów namalować pamięć?

Pamięć nie istnieje, bo rzeczy w naszym świecie są wyjątkowo bezduszne, dosłowne i są tylko teraz. To, co było już nie istnieje. Nie istnieje też pamięć. Istnieje za to pamiętanie. Istnieje, ale nie tak jak rzeczy. Pamięć jest aktem. Możemy więc sensownie pytać: Kto pamięta, co pamięta i jak pamięta. Podmiot, przedmiot, relacja.

W naszym języku jest ślad pewnego ważnego rozróżnienia. Czasem mówimy, że coś pamiętamy. Innym razem, że sobie przypominany. Pamiętać i przypominać sobie – to nie to samo. Grecy mieli na to dwa różne słowa. Pamiętanie to mneme, przypominanie to anamnesis.

Pamiętanie jest bierne. Pamiętamy czas, kiedy byliśmy dziećmi. To znaczy zachowało się w nas wiele obrazów z dzieciństwa, wiele zapachów i słów. Możemy powiedzieć, że pamiętamy, jak chodziliśmy nad rzekę, jak poznaliśmy naszą żonę, jak pobiliśmy konkurenta. Mówimy wtedy, że te obrazy w nas tkwią, jakimś cudem nie wyparowały, nie zatarł ich czas.

Wobec takiej pamiętania jesteśmy bezbronni. Ono po prostu w nas jest z całym dobrodziejstwem, ale i z przekleństwem, które nieraz niesie ze sobą pamiętanie. Mówimy wtedy, że nie możemy się uwolnić od pamięci o czymś – to znaczy nie możemy zapomnieć. Nie da się przecież usiąść i zapomnieć. Chciałbym zapomnieć – mówimy czasem. Albo nie chciałbym zapomnieć. Ale czy zapomnimy lub nie? Na to nasz wpływ jest już bardzo mały.

Inaczej jest z przypominaniem, z anamnesis. Przypominanie jest wysiłkiem. Kiedy ktoś straci zdolność mowy, dozna afazji, to potem uczy się na nowo, ale ponieważ jest to na nowo, czyli jest powtórzeniem pewnego uczenia, mówi się o przypominaniu. Ktoś nam przypomina o czymś. Sami przypominamy sobie coś. Za każdym razem konieczny jest nasz aktywny udział.

Kiedy śledczy pyta świadka wydarzeń sprzed lat, nie prosi, aby ten pamiętał, ale by przypomniał sobie, czyli wziął aktywny udział w śledztwie. To przypominanie jest często bolesne, jak wtedy gdy dziecko w czasie akademii zapomni wiersza i skupia się z całej siły, spina w sobie i kurczy, koncentrując się na tym, żeby coś sobie przypomnieć. Jest również bolesne, kiedy trzeba sobie przypomnieć to, o czym nie chciałoby się wiedzieć.


Pamiętanie dotyczy ruchu


Pamiętałem, już nie pamiętam, muszę sobie przypomnieć. Owo muszę jest bardzo ważne. Z przypominaniem wiąże się często powinność. Zapisujemy, bo nie wolno nam zapomnieć. I zapisujemy nie tyle po to, żeby pamiętać, ale przypominać sobie.

Tu dochodzimy do tego, co pamiętamy i co sobie przypominamy. Pamiętamy najczęściej obrazy, czasem też dźwięki, a rzadziej zapachy. Pamiętamy i przypominamy sobie coś, co jest w ruchu, co się dzieje. Dlatego Arystoteles powiada, że pamięć dotyczy czasu. To, co pamiętamy, rozciągnięte jest w czasie i lokowane jest w czasie – jak to się mówi, w czasie przeszłym.

Ów przedmiot pamięci jest po prostu treścią – jakąś sensowną strukturą, o której można opowiedzieć. Dlatego to, co pamiętamy i to, co sobie przypominamy, jest historią, bo – po pierwsze – należy do przeszłości i – po drugie – jest pewną opowieścią.  

I tu już wszystko wydawałoby się jasne, gdyby nie to, że dopiero teraz pojawiają sie problemy. Problemem jest bowiem niematerialność pamięci – bo jeśli jest ona tak nieuchwytna, to czy poza poezją i psychologią warto w ogóle o niej mówić? Problemem jest jej wiarygodność, bo skoro jest zjawiskiem psychologicznym i w małym stopniu zależnym od naszej woli, to czy możemy mówić o niej jako o wiarygodnej informacji? Trudności dostarcza także jej wpływ na naszą tożsamość. Skoro bowiem kształtuje nas wiedza o rzeczach przeszłych, a jest ona czymś tak niepewnych i nieuchwytnym, to czy w ogóle jest sens w nadawaniu jej takiego znaczenia w naszym życiu? I wreszcie problem pojawia sie, kiedy przechodzimy do mówienia o tak zwanej pamięci zbiorowej. Jeśli pamiętanie jest aktem osoby, dokonuje sie w niej i w oparciu o jej własne pamiętanie i przypominanie, to czy można mówić o pamięci narodowej?


Niematerialność i niewiarygodność


Powiedzieliśmy już, że pamiętanie i przypominanie to zjawiska psychiczne, to procesy, które pozostają niezmaterializowane. Można o niej opowiadać, można badać zachowanie naszego mózgu, kiedy przywołujemy coś na pamięć, można mnożyć mnemotechniki, ale sama treść pozostanie dla nas czymś trudno uchwytnym. Czymś, o czym opowiedzieć może tylko sam zainteresowany. A i wtedy posądzać go będziemy o subiektywizm, o tworzenie wygodnej lub usprawiedliwiającej narracji. Domagamy się więc dodatkowych świadectw, dowodów materialnych, konfrontujemy zeznania, badamy relacje w konfrontacji z wiedzą o kulturze itd.

Staramy się więc o intersubiektywność, jaką daje zestawienie zeznań lub materialne ślady, które będą stanowiły namacalne uwiarygodnienie relacji. Na materialnych śladach opieramy się również wtedy, gdy ludzkie pamiętanie już nam nie może pomóc, kiedy nie istnieje żadna relacja i żadna opowieść. Snujemy wtedy ja wtedy na nowo, rekonstruujemy i opisujemy.

Okazuje się też często, że to właśnie materialne ślady są bardziej wiarygodnymi świadkami niż ludzie, którzy mają swoje ułomności, interesy, ograniczenia i po prostu zawodną pamięć. Podobno, grzebiąc w śmietniku, możemy się dowiedzieć o ludziach więcej niż ze zwykłego wywiadu.

Nie świadczy to więc tylko o ulotności i nieuchwytności tego, co materialne, ale także o marności naszego gatunku, który nie jest w pełni zdolny do dania wiarygodnego świadectwa o własnej historii.


Ja bierze się z pamiętania

I wreszcie czymś wysoce niestosownym wydaje się łączenie pamiętania z tożsamością osoby. Treści, które pamiętamy sa ulotne i nietrwałe, naznaczone naszymi słabościami. Jeśli tak, to dlaczego uważamy je za podstawę naszej tożsamości. Dlaczego wywodzimy siebie z przeszłości, a nie staramy się wykroczyć poza tę ułomność i na przykład powiedzieć, że jesteśmy tym, kim chcemy być, że – jak u Sartre’a – jesteśmy swoim własnym projektem rzuconym w przyszłość. Może tak byłoby łatwiej i prawdziwie. Zrzucilibyśmy z siebie balast tej mitologii, która sie za nami wlecze i nie pozwala swobodnie wybierać, tworzyć i odczuwać.

W przeciwieństwie do przyszłości przeszłość jest już zamknięta. Co się wydarzyło, to się wydarzyło. Jedyna swoboda, jaka nam pozostaje to interpretacja i morał, a te – jak wiemy – do niczego szczególnego nie prowadzą. Może poza fobiami i megalomaństwem.

Piękniej byłoby więc, gdybyśmy nareszcie odczuli to wyzwolenie, jakie daje myślenie o przyszłości, która jest otwarta, cały czas niedokonana i jeszcze nie wybrana. I póki jej nie wybierzemy, jesteśmy jak Absolut, który może wszystko, przed którym wszystko sie otwiera i na którego wszystko czeka.


Indywidualność zamiast zbiorowości


Kolejnym problem jest sprawa tak zwanej pamięci zbiorowej. Nie mam problemu z powiedzeniem, że ja pamiętam, ja sobie przypominam, bo to wszystko są procesy, które zachodzą we mnie samym. Ale jak reagować, gdy mówi się w pierwszej, drugiej lub trzeciej osobie liczby mnogiej? Jak odnieść się do tego zbiorowego pamiętania i przypominania. Czy należy je uznać za zestaw wyuczonych reakcji stada, które zmusiła do tego ewolucja?

Czy te wszystkie wzniosłe słowa o pamięci narodu, o jego doświadczeniu i przeżywaniu nie są puste, pozbawione wartości? Czy nie kryje się za nimi po prostu biologia, której celem jest przetrwanie naszego gatunku?

Marność to wszystko i małość. Bardziej ludzcy bylibyśmy, przyznając się do tego mitotwórstwa otwarcie i krytycznie je interpretowali. Prawdziwym humanizmem byłoby być może porzucenie tych niedobrowolnych inklinacji na rzecz świadomego wyboru, na rzecz wiedzy i techniki przeciwstawionej instynktowi stada.


Co poza krytyką

A jednak pamiętanie i przypominanie, pomimo tych wątpliwości i zarzutów, jakie przeciw nim są wytaczane ma sens. I jest to sens, który znacznie wykracza poza biologiczne racje i psychologiczne podejrzliwości.

Wykracza tez poza takie tanie psychologizowanie, jak wtedy, gdy mówi się, że pamiętanie jest może i zawodne, ale potrzebne, bo lepiej się z nim czujemy, bo pamiętanie na przykład o mamie daje nam poczucie bezpieczeństwa. Więc marne to i słabe, ale niech już będzie, niech odrobina ckliwości nam pozostanie. Nic z tego.

Pamiętanie ma sens o wiele głębszy i w jego zrozumieniu niech posłużą nam słowa Arystotelesa, że wiedza rodzi się z ciekawości. A czym innym jest ciekawość, jeśli nie niepokojem. Nasze przywiązanie do przeszłości, do naszych przodków, królów, magnatów i biskupów. Nasze chodzenie po katedrach, zamkach i chatach. Sięganie po książki historyczne i takie zwykłe rozmowy, jakie Polacy toczą wieczorami, kiedy kłócą sie o rzeczy minione. A więc to wszystko, co za nami wcale nie przynosi ukojenia i zadowolenia. Nawet najwspanialsza przeszłość jest niepokojem.

Kiedy Stanisław August Poniatowski przebudowywał Pałac na Wodzie i kazał w rotundzie umieścić rzeźby najwspanialszych królów, by z niej przechodzić do Sali Salomona, a z Sali Salomona chciał mieć widok na most z posągiem Sobieskiego na koniu, tego zwycięskiego wodza, kiedy więc projektował to wszystko i zadłużał państwo, wcale nie szukał ukojenia. On, słaby władca, świadomy swojej znikomości, noszonego w sobie fałszu, przekupności i płaczliwości – on sobie stawiał posąg władcy, który musiał wnosić więcej niepokoju niż ukojenia.

Można mówić, że dorabiał ideologię do swoich działań lub do ich braku. Można. Ale przecież musiał widzieć.


Historia jest niebezpieczna

Zagłębiamy sie w historię, aby wiedzieć, że tu i teraz nie jest dobrze, bo kiedyś albo było lepiej, albo działo się coś złego, co ciąży nad nami do tej pory. Pamiętamy i przypominamy sobie, aby nie zastygnąć w ciągłym teraz, które byłoby chodzeniem po omacku. Robimy to wszystko, aby wiedzieć, jak marni i słabi jesteśmy. I w tym właśnie jest o wiele mniej fałszu i mitologizacji niż w projektowaniu samego siebie, w uciekaniu w przyszłość. Historia, owszem, ma w sobie coś z ucieczki, ale jest to ucieczka w wiedzę, a nie w niewiedzę. Jeśli się ją neguje i przeczy jej sensowności, to dlatego, że nie chce się pamiętać.

Jest coś takiego w negowaniu sensu sięgania do historii, do powstań, tryumfów i teczek, jest w tym wszystkim coś z mieszczańskiego poszukiwania świętego spokoju i kupieckiej prosperity wbrew samemu światu. Negujący historię są jak pobożne ciotki, którym straszna jest nagość i najchętniej zamknęłyby się w futerale na ciało. Tu zaś próbuje się tworzyć futerał na historię na tyle mocny i gruby, aby żaden skandal z niego się nie wydostał. Aby wszystko było ukryte i zapomniane.

Taki też wydaje się sens prowadzenia polityki historycznej, która nie jest tworzeniem mitu, ale sianiem niepokoju. Nie jest zatrzymywaniem zmian, ale ich uruchamianiem. Zarzuty eskapizmu, biologizmu i psychologizmu są więc nietrafione.

Historia, jej rozpamiętywanie i przypominanie, ma jeszcze jeden sens. Tak naprawdę to ona uruchamia polityczność. Tworzy bowiem wspólnotę niejednorodną, spierającą się, ale spierającą o te same sprawy. Ludzkie myśli krążą wokół jednego, ale to jedno objawia się na tysiąc sposobów. Jest więc spór o postawy i wybory. Spór o znaczenie. Spór o celowość. Wszystkie te kłótnie, sądy, uwznioślenia i wyklinania to różne formy sprzeczania się o wartości, na których ufundowana jest wspólnota polityczna. I znów Arystoteles, tym razem z drugiej księgi Polityki: w błędzie są ci, którzy upatrują celu państwa w całkowitym zjednoczeniu. Pełne zjednoczenie byłoby bowiem śmiercią państwa, które opiera sie na różnorodności. To różnorodność, w tym różnorodność postaw, pomimo sporów i gorszących kłótni, nadaje polityce dynamiki.

Jeśli ktoś chce wyeliminować historię z polityki, to usuwa również te spory. A ostatecznie i samą politykę. Usuwając historię, tworzy się świat aksjologicznie bezpieczny, skupiony na brzuchu i muskułach. Ale w tym nie ma już nic ludzkiego.


Mateusz Matyszkowicz

 

 

 
 
Copyright © 2003-2010 Teologia Polityczna