Newsletter

Akcje Fundacji Świętego Mikołaja
  • Kampanie wydawcy Teologii Politycznej
  • Kampanie wydawcy Teologii Politycznej
  • Kampanie wydawcy Teologii Politycznej
  • Kampanie wydawcy Teologii Politycznej
  • Kampanie wydawcy Teologii Politycznej

Obywatel Europy podąża na Zachód

Mateusz Matyszkowicz
14-02-2012

Co musi się stać, aby uwierzył? Z początku wystarczy nic. Takie nic, które bierze się z nicnierobienia. Imprezowe towarzystwo nieznanych literatów.

 

 

 

Kiedy obywatel PRL – ten, który zachował wewnętrzną wolność w zakłamanej rzeczywistości, człowiek książek w kraju, gdzie chwali się budowę maszyn, odlew stali i przyjaźń z ZSSR. Więc kiedy taki rzadki przypadek jedzie do Ameryki nie za chlebem, ale na stypendium rządu USA, to jego zapiski stają się lekturą obowiązkową.

 

On sam, drobiazgowo przygotowany, na pierwszych stronach bardziej czyta niż ogląda. To znaczy, owszem, zwiedza, przemierza, kursuje, ale częściej sprawozdaje literaturę przedmiotu niż widoki. Tak z początku. Wystarczy jednak, że zamieszka z grupą mniej lub bardziej podobnych sobie literatów, a zamiast erudycyjnych wycieczek w głąb lektur dostarczy nam obrazu własnej duszy. Z Ameryką w tle. A potem w podróż po kraju. Taka jest właśnie „Podróż na najdalszy Zachód” samego mistrza, Andrzeja Kijowskiego.

 

A miało nic się  nie zmienić. Ot, wyjazd. Uciążliwość raczej i wyrwa z przyjemnych zajęć niż ekskurs i przygody. Notuje, że boi się takich sytuacji, bo i tak nic się nie zmieni, bo wszystko na darmo, bo wszędzie jest tak samo jak tu. W dodatku ta Ameryka. „Nigdy naprawdę nie wierzyłem w istnienie Ameryki, ani w to, że Ziemia jest okrągła”.

 

Co musi się stać, aby uwierzył? Z początku wystarczy nic. Takie nic, które bierze się z nicnierobienia. Imprezowe towarzystwo nieznanych literatów. Niby różnorodność typów, ale jakaś taka nieszczególna. Jak wytwory niektórych z nich. W poczuciu obowiązku zapełniają kartki maszynopisu wzorkami, jakby nie było słów, myśli i wrażeń.

 

Ta literacka wysepka na uniwersytecie to jakieś kuriozum w kraju, gdzie każdy gdzieś biegnie. Nie wiadomo, po co tych okularników tu spędzono. Z nadmiaru pieniędzy, których nie można na nic lepszego przeznaczyć, z próżności, czy z ekscentryzmu fundatorów? Przecież pisarstwo jest bardziej sztuką niż produkcją z zakładów Forda.

 

Ci biegający ludzie z minami, jakby mieli coś ważnego do załatwienia. „To ciepło pochodzące z ruchu i napięć uderzało mnie za każdym razem, gdy znalazłem się na nowojorskiej ulicy”. Ameryka, odkrywa Kijowski, jest zmierzaniem dokądś. Tylko dotąd? Oto pytanie dla pisarza-metafizyka.

 

W trakcie lektury przypomniała mi się tutaj nowela Steinbecka „Kasztanek”. Jest tam postać  starego dziadka, który prawie cały czas opowiada historię, jak to kiedyś prowadził karawanę na Zachód. „Idea podążania na Zachód – opowiada starzec wnukowi – była wielka i potężna jak Bóg. Krótkie, powolne etapy marszu dodawały się i dodawały, aż wreszcie przeszliśmy cały kontynent i stanęliśmy nad morzem i wszystko się skończyło”. To ocean zatrzymał karawanę.

 

Coś takiego mógł  napisać Amerykanin w czasie kulturowego przesilenia. Obywatel starej Europy widzi inaczej. Dla niego ów ruch w Ameryce wciąż trwa i nie widać żadnego oceanu. Europejczycy – jak zauważa Kijowski – widzą szczęście w czymś konkretnym i skończonym. Jak rodzinne szczęście, zadowalająca praca. Amerykanie zaś szczęśliwi są w ruchu ku czemuś lepszemu, co przypomina horyzont. Szczęście zawsze będzie przed nami.

 

Nieszczęście i bieda w Ameryce nie polega na głodzie, nawet na braku samochodu, ale na przypisaniu do miejsca. Klasy niższe to więc te, które skazane są na jedną pracę i jedno miejsce zamieszkania. Pełnoprawni obywatele Ameryki zaś to ci, którzy mogą ciągle dążyć i poprawiać. W nieskończoność, póki starczy życia.

 

Za tym wszystkim Kijowski odkrywa coś głębszego, coś co mogłoby być metaforą  ludzkiego losu. I nie chodzi tu tylko o banalny obraz drogi, który był tak popularny w latach 70., gdy autor wizytował USA.

 

Zapisuje wtedy odnalezioną  w jednej z książek legendę o św. Brendanie, irlandzkim mnichu, który miał dowiedzieć się o istnieniu szczęśliwej ziemi na Zachodzie. Wybrał się więc ze swoimi współbraćmi na jej poszukiwanie. Przez siedem lat krążył wokół wyspy, na której żył starzec znający położenie upragnionej ziemi. Ten zwodził ich, dając kolejne polecenia, które polegały na monotonnym powtarzaniu podróży. Aż wreszcie powiedział, że już czas i poprowadził ich ku obiecanej ziemi.

 

Przemierzali ją aż doszli do wielkiej wody, którą miała być Missisipi. Tam świetlisty anioł kazał im wracać. Wieloletnia wędrówka na darmo. Ale takie ma być nasze życie – sugeruje Kijowski. Duchowa prawda tej wędrówki polega na uświadomieniu mnichom, że w doczesnym życiu nie ma co liczyć na ziemię obiecaną.

 

W rzeczywistości Kijowski odwraca tu potoczne wyobrażenie Ameryki, jako kraju ludzi, którzy znaleźli się w Raju. Z książki wynika, że to bardziej Europejczycy ulegają herezji osiągnięcia doczesnego szczęścia. W amerykańskim zaś biegu ku czemuś nieznanemu, co ciągle jest tak samo daleko, więcej jest chrześcijańskiego stosunku do doczesności niż mieszczańskie szczęście nieruchliwych i stłoczonych na niewielkiej przestrzeni Europejczyków.

 

Z Ameryki pisarz może więc przywieźć nienasycenie. I obali kilka mitów – że ziemia jest płaska, że Ameryka nie istnieje i że podróż niczego nie zmienia.

Nowe Państwo, 03/2010

Andrzej Kijowski, Podróż na najdalszy Zachód, Czytelnik, Warszawa 1982

Kod obrazkowy
© Teologia Polityczna.
Rozpowszechnianie materiałów znajdujących się na stronie możliwe za zgodą redakcji.
Copyright © 2003-2012 Teologia Polityczna