<?xml version="1.0"?>
<rss version="2.0" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title>Teologia Polityczna - Polecamy książki</title>
		<link>http://www.teologiapolityczna.pl/polecamy-ksiazki/</link>
		<atom:link href="http://www.teologiapolityczna.pl/polecamy-ksiazki/" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<description></description>

		
		<item>
			<title>Problem politycznej jedności w Europie - Marek A. Cichocki</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/problem-jednosci-politycznej-w-europie-marek-a-cichocki/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/9080resizedimage200298-MCProblemJednoscipolitycznejokladka.JPG&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;298&quot;/&gt;Jedność polityczna jest przede wszystkim wielkim tematem rozważań filozofii politycznej. Jednak w niniejszej książce chodzi o opisanie różnych aspektów zjawiska widocznego w całej europejskiej historii.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt;Problem politycznej &lt;/span&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt;jedności&lt;/span&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt; w Europie&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Marek A. Cichocki&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Polski Instytut Spraw Międzynarodowych&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 178&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;a href=&quot;http://www.pism.pl/eksiegarnia/ksiazki/Problem_politycznej_jednosci_w_Europie&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Książkę można nabyć u Wydawcy&lt;/a&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt;Rozdział I&lt;br/&gt;Rzut oka na problematykę&lt;/span&gt;&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Jedność polityczna jest przede wszystkim wielkim tematem rozważań filozofii politycznej. Jednak w niniejszej książce chodzi o opisanie różnych aspektów zjawiska widocznego w całej europejskiej historii. Tym fenomenem są powracające próby stworzenia spójnej szerszej europejskiej konstrukcji – europejskiego systemu. I chociaż nie uchodzi mej uwagi najświeższe doświadczenie Unii Europejskiej, przedmiotem tej analizy są historyczne formy kształtowania się europejskiej jedności: federacyjne eksperymenty antycznych Greków, uniwersalistyczna idea imperium chrześcijańskiego, państwowy porządek europejskiego prawa publicznego, koncepcje wielkich ekonomicznych obszarów, wreszcie – nieodległa próba konstytucjonalizacji europejskiej integracji.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Jak widać, książka ta jest oparta na pewnym wyborze. Niektóre przykłady budowania w Europie politycznej wspólnoty zostały w niej pominięte lub tylko wspomniane, jak włoskie republiki, liga miast hanzeatyckich, federacja szwajcarskich kantonów, napoleoński projekt nowoczesnej Europy i odpowiedź nań w postaci uświęconego porządku wielkich potęg. Moim celem nie jest więc przedstawienie dokładnej historii projektów, idei i prób zjednoczenia Europy. Chodzi o postawienie problemu: jakie ideowe, społeczne, polityczne lub religijne przesłanki sprawiają, że ludzie w Europie powracają wciąż do konstruowania różnych form szerszej jedności; jakie wytwarzają przy tym struktury prawne i społeczne; czy istnieje określona liczba możliwych i dających się przewidzieć mechanizmów politycznych (jako możliwości, ale także jako stałych ograniczeń); na ile w tym konstruowaniu kierują się logiką ekspansji, dominacji, zdobywania i utrzymania władzy, a na ile abstrakcyjnymi (powiedzmy altruistycznymi) założeniami dotyczącymi historii, ludzkiej natury czy społecznych oczekiwań (jak doczesna historia zbawienia, ludzka wojowniczość lub nadzieja pokoju i dobrobytu).&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/CichockiProblemjednoscifragment.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;przeczytaj cały rozdział&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/Cichockiproblemjednoscispis.pdf&quot;&gt;przejrzyj spis treści książki&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Fri, 18 May 2012 08:11:59 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/problem-jednosci-politycznej-w-europie-marek-a-cichocki/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Duch pyszny poprzedza upadek - Przemysław Żurawski vel Grajewski</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/duch-pyszny-poprzedza-upadek-przemyslaw-zurawski-vel-grajewski/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/9113resizedimage200308-Zurawskiduchpyszny.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;308&quot;/&gt;Jako materiał do rozważań posłużą nam dzieje rozpadu&lt;br/&gt;pięciu wspólnot oraz analiza obecnego kryzysu procesu&lt;br/&gt;integracji europejskiej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt;Duch pyszny poprzedza upadek. Rozważania o naturze procesu rozpadu unii&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Przemysław Żurawski vel Grajewski&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Ośrodek Myśli Politycznej&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 208 s. + mapy&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: left;&quot;&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt;DUCH PYSZNY POPRZEDZA UPADEK&lt;br/&gt;Rozważania o naturze procesu rozpadu unii&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: left;&quot;&gt;&lt;br/&gt;&lt;em&gt;Przed porażką – wyniosłość,&lt;br/&gt;duch pyszny poprzedza upadek&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Księga Przysłów 16,181&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Inspiracją do napisania niniejszej książki stał się pomysł ukazania największego błędu w historii Polski w kontekście i na tle podobnych błędów innych nacji. Za błąd taki uznałem niezdolność Rzeczypospolitej Obojga Narodów do rozwiązania problemu politycznej reprezentacji Rusi-Ukrainy w swym systemie federacyjnym. Owa polsko-litewska monarchia republikańska, czy jak kto woli monarchiczna republika, wskutek krótkowzroczności swych elit, tak polsko-litewskich, jak i kozacko-ruskich, nie potrafiła się przekształcić z unii polsko-litewskiej w unię polsko-litewsko-ruską. Kryzys Rzeczypospolitej i wojna domowa z Zaporożem, która ją rozdarła w połowie XVII wieku, ściągnęły zaś w kolejnych latach na wszystkie zamieszkujące ją narody najpierw interwencję tatarską, a potem najazdy moskiewski, szwedzki, pruski, siedmiogrodzki i w dalszej perspektywie turecki. Miały one dramatyczne skutki demograficzne, z których państwo polsko-litewskie nie dźwignęło się już do końca swego istnienia, tracąc na rzecz Rosji dominującą pozycję w Europie Środkowej, a w ostatecznym rachunku także i niepodległość. Wyizolowanie opisu siedemnastowiecznego kryzysu państwa polsko-litewskiego z dziejów powszechnych i zaprezentowanie go w oderwaniu od podobnych doświadczeń, będących udziałem innych narodów, byłoby jednak zaciemnianiem obrazu dziejów ojczystych, poprzez propagowanie ich „nadzwyczajnie negatywnej natury”.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/Duchpysznyfragment.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Przeczytaj cały fragment oraz przejrzyj spis treści książki&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 10:37:54 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/duch-pyszny-poprzedza-upadek-przemyslaw-zurawski-vel-grajewski/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Pióro. Autobiografia literacka - Marek Nowakowski</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/pioro-autobiografia-literacka-marek-nowakowski/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/NowakowskiPioro.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;307&quot; alt=&quot;&quot; title=&quot;&quot;/&gt;– Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek – radzą ludzie wyrachowani.  W moim przypadku trudno było zachować harmonię tej dwulicowości. Studia rozsypywały się jak domek z kart. Pisanie brało górę.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Pióro. Autobiografia literacka&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Marek Nowakowski&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Iskry&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 224&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;&lt;strong&gt;XXX&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; – Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek – radzą ludzie wyrachowani.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; W moim przypadku trudno było zachować harmonię tej dwulicowości. Studia rozsypywały się jak domek z kart. Pisanie brało górę. Pierwszy druk w tygodniku literackim to były ostrogi. Ruszyłem z kopyta za uderzeniem.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Złożyłem kolejne opowiadania w innych miejscach. Pierwszy druk doczekał się pozytywnego echa. W opublikowanej na łamach opiniotwórczej gazety dyskusji o młodej prozie wspomniano moje nazwisko, kilka życzliwych słów poświęcono opowiadaniu. Znawcy zauważyli. Nie jeden przecież. Dwóch tak uważało. Trzeci nie zaprzeczył. Potrzebowałem zachęty. Pojawiłem się znikąd. Nikt do pisania mnie nie zachęcał. Nie miałem żadnego protektora. Nic nie drukowałem nigdy. Uznanie, choćby zdawkowe, od razu podniosło mnie na duchu. Ale zarazem, jak każdego początkującego, szarpały mną wątpliwości. Czy mam coś do powiedzenia? Czy umiem opowiadać? A może to jednorazowy wybryk wyobraźni? Huśtawka nastrojów od negacji, absolutnego zwątpienia, po euforię. Nauczyłem się na pamięć tych kilku zdawkowych zdań pochwały o pierwszym w życiu wydrukowanym opowiadaniu pod tytułem &lt;em&gt;Kwadratowy&lt;/em&gt;. Powtarzałem w nocy niby modlitwę. Nie miałem przecież żadnej pewności. Czaiła się głęboko schowana obawa przed narodzinami grafomana, niepohamowanego maniaka zaczerniania papieru pustą gęstwą niepotrzebnych słów. Biednego, żałosnego opętańca wystawionego na okrutne żarty, kpiny. Tego obawiałem się najbardziej.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Oczywiście, pochwaliłem się rodzicom pochlebną opinią autorytetów. Opowiadanie już przeczytali. Ojciec chrząkał, co oznaczało w jego zachowaniu brak zdecydowanego zdania. Matka milczała.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;– Jednak wolałbym trochę bardziej w stylu Żeromskiego – pierwszy odezwał się ojciec. – Bardziej podniośle, szlachetnie… – dobierał z trudem słowa – żeby podnieść czytelnika na duchu, pokazać mu właściwą drogę.    &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;– Za dużo wulgarności – wreszcie zabrała głos matka. – Łobuzeria, przestępcy, żadnych porządnych ludzi. Tylko matki żal w tym opowiadaniu. Straciła syna.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;W pewien sposób byli zadowoleni. Sam fakt publikacji stanowił argument. Ale zachowali własne zdanie. Nie pretendowali do kompetencji w dziedzinie literatury. Liczyli się więc z opinią znawców. Powściągliwie, zachowując dystans.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/NowakowskiPioro.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Przeczytaj cały fragment książki&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Tue, 08 May 2012 09:34:17 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/pioro-autobiografia-literacka-marek-nowakowski/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Boiduda - Jakub Lubelski</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/boiduda-jakub-lubelski/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/9027resizedimage200283-Boidudaokladka.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;283&quot;/&gt;To, co działo się w przedszkolu, było zaledwie preludium przyszłej wojny&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Boiduda&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Jakub Lubelski&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Fronda&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 177&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;em&gt;Moja literatura jest radością sprawianą moim przodkom – niczym więcej&lt;/em&gt;[1].&lt;br/&gt;Jerzy Pilch &lt;br/&gt;&lt;br/&gt;Nazywam  się Daniel, Jacek Daniel. Do życia rwałem się jak wariat. Zdecydowanie  za wcześnie. Urodziłem się w czasie ponurym dla Polski. Ponura musiała  być też porodówka przy ulicy Kopernika w Krakowie, mimo iż dowodził tam  przystojny doktor Pomykałło. – Tu mamy Nowy Sącz, tu poronienie, a tu  literaci – jakby błogosławiąc, wskazywał przy trzecim punkcie wyliczenia  na moją mamę. W takim otoczeniu walczyła przez kilka miesięcy o życie  swojego jedynaka.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;W  czwartym miesiącu ciąży pojawiły się niepokojące objawy. Zamiast na  sylwestra, mama pojechała na klinikę. – Rodzisz, dziecko – usłyszała.  Nie było mowy o jakichś spektakularnych skurczach Braxtona-Hicksa, ale  fakt jest faktem, że poród zahamowano. – Pani zostaje u nas i będzie  leżeć na wznak. Jeśli tylko spuści pani nogę w dół, możemy się z  dzieckiem pożegnać – zapadł wyrok. Ani babcia, ani ciocia nie mogły  wówczas przyjechać. Mamę zatrzymano na klinice, ale nie była  pozostawiona sama sobie. Osób, które mogły jej towarzyszyć,  zorganizować, co tylko było potrzebne, podtrzymać na duchu, znalazło się  niespodziewanie wiele. Profesor Szturchacz (znawca pozytywizmu)  regularnie wydzwaniał do profesora neonatologii, profesor Borówa był w  pogotowiu. Doktor habilitowana Salaterska przychodziła codziennie z  pokrojonymi jarzynkami. Między wykładem z teorii literatury a dyżurem  dla studentów wpadała tylko, żeby zostawić słoik pełen treściwej zupki i  sprawdzić, czy wszystko w porządku. Całe to zgromadzenie w oczach  przystojnego Pomykałły, ale przede wszystkim w oczach mamy, przyjęło  rolę odpowiedzialnych za przyszłe istnienie, zdecydowanie roztaczających  opiekę, którą – co wiem od Laurence`a Sterne`a – zwykle spełnia Ojciec.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Od  pierwszych dni pobytu mamy w szpitalu rozpocząłem kolejną, uciążliwą  akcję rwania się na świat. Potem kolejną i jeszcze następną. Całe  zastępy wspierających przyszłe macierzyństwo mamy, zjednoczone siły  rodzicielskie Katedry Teorii Literatury, Katedry Teatru i Dramatu,  Katedry Historii Literatury Staropolskiej, Katedry Historii Literatury  Polskiej XX wieku, grupy zaprzyjaźnionych z Katedrą Historii Literatury  Pozytywizmu i Młodej Polski – jezuitów, neonatologów i farmaceutów,  ruszyły z kontrofensywą – hamujemy! Hold on! Jeden wlew nie pomagał,  interwencja Katedry Krytyki Współczesnej, dawali drugi. Hamowanie! Cała  wstecz! Hold on! Mama musiała, niczym w jakiejś conradowskiej scenerii,  przybrać rolę marynarza o silnych ramionach, który mimo sztormu i  szaleńczego żywiołu wód utrzyma w swych dłoniach mocno napiętą linę.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Katedra  Teorii Literatury słabła na końcu, Ci nie dawali za wygraną. Igły  jednorazowego użytku – doniesione. Płyn infuzyjny – załatwiony.  Hektolitry partusistanu. Wlew. Hamowanie. Nikt tu nie dawał szans siłom  natury. Stano na baczność, ładowano kolejne porcje kroplówek.  Monitoring. Wlew. Hamowanie. W końcu założono zabezpieczający szew.  Kilka ruchów ostrej, chłodnej stalówki pióra, następuje zawiązanie  akcji. – Już witałem się z małym – opowiadał mamie chirurg. – Co Pan  mówi, to będzie chłopiec? – Tak tylko żartuję, ale czarna główka taka.   Na miesiąc mnie wyratowano. Mama przeleżała kolejny. Katedra Teorii  Literatury wykończona, ale na straży. Klinika zapisała się na stałe w  tej dość przygodnie rozpoczętej opowieści.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;Im  starszy byłem, tym łatwiej przełamywałem swoją nieśmiałość. Szybko  porzuciłem krępującą z początku wdzięczność zjednoczonym siłom  rodzicielskim. Zanim zapragnąłem zastąpić Michnika i kierować  największym dziennikiem w kraju, wyobrażałem sobie czyny mniej  ekspansywne, jak przejęcie majątku po dziadku. Widziałem oczyma  wyobraźni, że stoję za ladą lub oprowadzam dobrze sytuowanych lwowian po  zapleczu zakładu meblarskiego i oferuję im mahoniowe stoły, oryginalnie  wykańczane barki, kredensy ze szklanymi drzwiczkami albo kanapy z  aksamitnym obiciem. Wyobrażałem sobie, że stoję tak w eleganckim  kaszkieciku, z lekko uwydatnionym brzuszkiem, na którym opinałby się  flanelowy kraciasty fartuch. Fartuch w kratę, niby roboczy, ale też  taki, w którym można się śmiało prezentować w wytwornym sklepie. I  wyobrażałem sobie zapach tego sklepu. Zapach zapewne jeszcze po  pradziadku, znawcy fornirowania, wyklejania, podmalowywania,  podpiłowywania. Do tego, niczym śmietanka na torcie czekoladowym,  unosiłyby się ku górze drobne kłębuszki dymu z mojej fajki, pracowicie  nabijanej co rano. Kolekcja fajek stałaby oczywiście w gablotce, tak by  każdy wiedział, że z kolekcjonerem fajek i smakoszem dobrego tytoniu ma  do czynienia. Tak, by każdy wiedział. Byłby to swego rodzaju snobizm,  dobry snobizm – bo już odkrywałem, że i taki istnieje. Z tym snobizmem i  modą na galicyjskość to bym nie przesadzał, ale trochę bym im podlegał.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Mój  zakład byłby najbardziej elegancki i wytworny. Drogi i ekskluzywny,  dostępny jedynie dla najbogatszych lwowskich mieszczan. Na ladzie  leżałyby zawsze aktualizowane katalogi, z którymi nie rozstawałbym się  ani na dzień. I wyobrażam sobie, jak klienci pieją z zachwytu, jak  przyjmują każdą sugestię z wdzięcznością i lekkim dygotem podniecenia.  Zupełnie nie to co dzisiaj, kiedy każdy sam sobie jest panem, każdy  uważa, że o gustach się nie dyskutuje, i każdy myśli, że jak namiesza  wszystkiego po trochę, to jest najpiękniej. Namiastką tego zakładu była  stara weranda u babci. Weranda, na której dziadek pracował i wykańczał  jakieś swoje projekty. Rosnąc w kulcie dziadka, który wszystko naprawi,  dziadka, który wszystko sklei, zakradałem się nieraz – wbrew zakazom –  na werandę i godzinami buszowałem, odnajdując coraz mniej dla mnie  zrozumiałe skarby: śrubki, papiery ścierne, farby, smarowidła i szmatki.  Rozmontowałem już niejedno autko i bezlitośnie pozbawiłem karoserii  bądź kół. Przecież dziadek wszystko sklei. Ale dziadek już nie żył.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Mój  zakład byłby oczywiście przy ulicy św. Marcina. Ach, całe dzieciństwo  marzyłem, żeby przejść się po św. Marcina we Lwowie. Uśmiech babci  mówiącej o tym, jak chodziła po tej ulicy, jak wychodziła z domu i potem  wracała, jak szła do szkoły, jak ją odprowadzały koleżanki, jak  patrzyli się na nią chłopcy w krótkich spodniach i wysoko naciągniętych  podkolanówkach, wszystko to na długo osadziło się w mojej wyobraźni.  Wyraz twarzy babci, wysoko uniesione oczy to były stany błogości, jednak  z pełnym niepokoju napięciem, to były stany, które najlepiej mogłem  rozumieć. Ja. Wnuk babci, mały brunet.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;–  Moje najukochańsze czarnulki, wnusie moje, moje – ściskała mnie babcia,  odnosząc się także do starszego o kilkanaście lat kuzyna. Nie wiem, jak  by to było z blondaskami, ale po cóż się miałem nad tym zastanawiać.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;Zakład  po dziadku był oczywiście całkiem realnym marzeniem, mimo że nie  zachowały się po nim żadne dokumenty własności. Jedynie sposób myślenia o  nim był kompletnie dziecięcy i na wskroś romantyczny.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;*   *   *&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;– Powiedz, Ewa, powiedz mi, jak to będzie – pyta mama znajomej pani doktor od Przybyszewskiego i Brzozowskiego. &lt;br/&gt;– Nie będę owijać w bawełnę, poród to piekło.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Mama  się bała. Przedzieram się przez różowe upławy pamięci matki i zakłócając  porządek natury, rekonstruuję delikatną strukturę naczyń krwionośnych.  Całe to napięcie, ucisk, nerwowe oddechy, wydmuchy i parcie. Za drzwiami  stał już profesor Bida (najwygodniejszy samochód polonistyki UJ).&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;– Tu ma  być wszystko co najlepsze – ordynowali biegający po korytarzach,  zaprzyjaźnieni z literaturoznawcami psychiatrzy, kontrolując w czasie  mych narodzin cały oddział położniczy. Katedra Teorii Literatury na  posterunku, ci najwierniejsi, zawsze pierwsi, wymiana szlafroka i pyszny  domowy serek w słoiku. Zjednoczone siły rodzicielskie uzupełnione o  Katedrę Teatru i Dramatu, Katedrę Historii Literatury Staropolskiej,  Katedrę Historii Literatury Polskiej XX wieku oraz grupy –  zaprzyjaźnionych z Katedrą Historii Literatury Pozytywizmu i Młodej  Polski –  psychiatrów, neonatologów w gotowości! To już. Borówa w  oczekiwaniu na telefon.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;– Nie ma co hamować. Rodzimy!&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ze  Śląska rajd z pieluchami rozpoczyna mój trzynastoletni kuzyn, któremu  siostra mamy dokładnie opisała tetrowy cel misji. Całość koordynuje  nieznosząca sprzeciwu, charyzmatyczna doktor habilitowana Salaterska.  Wsparcia psychologicznego i duchowego udziela zaprzyjaźniony ojciec  jezuita, Adam.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;– Nigdy nie trać nadziei, jesteś pod Opieką!&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Jedziemy!  Podczas porodu, którym zarządzał przystojny Pomykałło, ustawiono  czterech najzdolniejszych asystentów Collegium Medicum. Patologiczna  ciąża u blisko czterdziestoletniej kobiety stanowiła niewątpliwie  pouczający przypadek. W tym czasie doktor habilitowana Salaterska wydała  już polecenia. Plan rozpisany był niezwykle precyzyjnie. Teoria  Literatury niezbędna na miejscu. Pozytywiści czyszczą podłogę w naszym  mieszkaniu. Historia XX wieku pierze bieliznę, Literatura Staropolska  wyparza naczynia w kuchni. Teatrologia szoruje wannę i dezynfekuje  toaletę. Wyprawka zakupiona na kartki (połowa lat osiemdziesiątych)  jedzie z kuzynem ze Śląska, Salaterska zawiaduje przechwyceniem cennego  materiału na krakowskim dworcu PKS-u vis-à-vis Baru Smok. Jednocześnie  samochód profesora Bidy – na rozgrzanym silniku. Po trzech miesiącach  akcji ratunkowej w klinice sam poród nie przeciągnął się i nie należał  do najcięższych. Bonus w postaci znieczulenia przy zaszywaniu krocza na  koniec wieńczył dzieło.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;Nerwowy  ruch ostrza stalówki pióra prowadzi nas dalej. Po kilku dniach już  oboje z mamą znaleźliśmy się w – wypucowanym przez zjednoczone siły  rodzicielskie wszystkich katedr Gołębnika – domu. Zaczęło się. Piszmy  dalej, piszmy.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;*   *   *&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Prawdopodobnie  zaczęło się od opowiadań babci. Ha, pamiętasz jeszcze to wszystko?  Pamiętasz Bytom? Nie twierdzę, że babcia była jakimś autorytetem,  wytrawnym komentatorem politycznym czy znawcą historii, ale opowiadała.  Poza tym była babcią. To wystarczający powód dla wnuka, aby wierzyć  absolutnie w każde słówko, przyjmować wszystko jak dogmat. Tak więc  słuchałem. Wierzyłem. Uczyłem się. A Ruskich Babcia nie znosiła.  Dzisiaj, po upływie lat, odnoszę się do tych wspomnień z dystansem,  niemniej jednak wdzięczny jestem babci za takie doświadczenie. Trzeba z  całą mocą podkreślić, że na babcinych kolanach wysłuchiwałem uświęconych  fraz polskich: „Przyszły Ruskie, to zabrały”, „Te łotry,  Moskaliska...”, „Pakujcie się i wynocha, tak było...”. Zapomniałem  nadmienić, że babcia, zmuszona do opuszczenia Lwowa, osiadła na Śląsku.  Byle nie na wschód, byle nie na wschód, byle nie „tam”. Babcia była z  naszego, polskiego Lwowa, ta joj. Miejsce urodzenia, którego nie ma –  Lwów, Polska. Nie bez powodu nigdy do nikogo nie powiedziałem „Ty  bolszewiku”. W przedszkolu wielokrotnie, bawiąc się w wojnę, mówiliśmy  „Ty Rusku”, wszystko, co było złe, kiepskie, niskie gatunkowo, musiało  być „ruskie”. Ale „bolszewik” – nigdy. To funkcjonowało w mojej  świadomości jako oszczerstwo wyjątkowego kalibru. Co więcej, jako  wyrażenie podłe i wulgarne. Ktoś, kto zagarnia ulicę św. Marcina, i  ktoś, kto zamienia zakład mojego dziadka w ruderę, ktoś, kto wywozi  babcię i wysadza ją na przypadkowej stacji, stawał się moim życiowym  wrogiem. Wrogiem egzystencjalnym. To, co działo się w przedszkolu, było  zaledwie preludium przyszłej wojny.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Przypis&lt;/strong&gt;:&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;[1]  Jerzy Pilch, Marsz Polonia, Warszawa 2008, s. 54.&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Tue, 24 Apr 2012 09:27:03 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/boiduda-jakub-lubelski/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Wokół idei wspólnoty - Zbigniew Stawrowski</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/woko-idei-wspolnoty-zbigniew-stawrowski/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/8851resizedimage200310-Stawrowskiwokolideiwspolnoty.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;310&quot;/&gt;„Kto nie potrafi żyć we wspólnocie, albo jej wcale nie potrzebuje (…) jest albo zwierzęciem, albo bogiem”.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Wokół idei wspólnoty&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Zbigniew Stawrowski&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Ośrodek Myśli Politycznej&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 272&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Książkę można &lt;a href=&quot;http://omp.org.pl/ksiazka.php?idKsiazki=223&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;&lt;strong&gt;nabyć u wydawcy&lt;/strong&gt;&lt;/a&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot; style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Wstęp&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;„Kto nie potrafi żyć we wspólnocie, albo jej wcale nie potrzebuje (…) jest albo zwierzęciem, albo bogiem”. Wspólnota to nasz naturalny matecznik. Przychodzimy na świat dzięki więzi naszych rodziców, stawiamy pierwsze kroki otoczeni ich wsparciem i to od nich uczymy się najpierw na czym polega wspólne życie. Następnie, opuszczając krąg rodzinny, wkraczamy stopniowo w przestrzeń publiczną, by wreszcie stać się mniej lub bardziej aktywnymi uczestnikami wspólnoty politycznej. Autor powyższego cytatu, Arystoteles, właśnie tę ostatnią wspólnotę miał na myśli – człowiek to według niego przede wszystkim istota polityczna (politikon zoon).&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;W tle rozważań filozofa trudno wszakże nie dostrzec innej jeszcze formy wspólnoty – takiej, w której ludzi łączy wspólne przekonanie o tym, co dla nich bezwzględnie najważniejsze, absolutne, święte. Zaangażowanie obywateli w życie polis uważa bowiem Arystoteles za rzecz nie tylko naturalną i potrzebną, lecz ze wszystkich form ludzkiej aktywności najbardziej doskonałą i wzniosłą. W tej perspektywie wspólnota polityczna to przestrzeń wyróżniona i centralna, poza którą tak naprawdę nic istotnego się nie wydarza. Dla ludzi, którzy do owej wspólnoty należą i ją współtworzą, jest ona ich najwyższym celem i ostatecznym punktem odniesienia – miejscem, gdzie wraz z nimi mieszkają ich  bogowie.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Ten typowy dla starożytnej Grecji punkt widzenia, dla którego obie wspólnoty, polityczna i religijna, pozostają ze sobą nieustannie splecione, nie należy bynajmniej do przeszłości. Wprawdzie wraz z nastaniem chrześcijaństwa doszło do rozdzielenia obu porządków – tego, co należy do Boga, oraz tego, co należy do Cezara – ale płynność granic między jednym i drugim wymiarem rzeczywistości, ich przenikanie się i wzajemny wpływ na siebie także i dziś pozostają ewidentne. W dziedzinie polityki, wbrew temu co się potocznie o niej sądzi, chodzi o sprawy absolutne: albo wprost o realizację – rozmaicie zresztą rozumianego – najwyższego dobra, albo przynajmniej o taką formę organizacji wspólnoty politycznej, która by najbardziej sprzyjała ludziom na ich drodze – niekoniecznie politycznej – samodzielnego poszukiwania ostatecznego sensu ich istnienia. Także łączące (lub dzielące) daną wspólnotę przekonania i treści religijne nie są wobec świata polityki neutralne, lecz mają swoje poważne polityczne konsekwencje. Już Hegel zauważył, że „naród, który ma niedobre pojęcie Boga, ma również niedobre państwo, niedobry rząd, niedobre prawa”.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Podobnie wiek później twierdził Carl Schmitt: „Wszystkie znaczące pojęcia nowożytnej nauki o państwie są zsekularyzowanymi pojęciami teologicznymi”. Filozoficzna refleksja nad ideą wspólnoty musi więc ów nierozerwalny splot perspektywy politycznej oraz religijnej (teologicznej, metafizycznej) mieć stale na uwadze.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/Stawrowskiwokolwspolnoty.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Przeczytaj cały wstęp, jeden z tekstów z tomu oraz przejrzyj jego spis treści&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Thu, 12 Apr 2012 10:11:48 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/woko-idei-wspolnoty-zbigniew-stawrowski/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Katastrofa smoleńska. Reakcje społeczne, polityczne i medialne</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/katastrofa-smole-ska-reakcje-spo-eczne-polityczne-i-medialne/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/7413resizedimage200303-katastrofasmolenska1.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;303&quot;/&gt;W przededniu pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej spróbujmy cofnąć się do atmosfery tamtych dni, i pytań, jakie zadawali sobie w owym czasie publicyści, politycy, badacze społeczni, ale także zwykli ludzie: czy katastrofa smoleńska, ta „polska tragedia narodowa”, jest czymś wyjątkowym w sensie społecznym? Czy szok wywołany śmiercią Prezydenta szybko przeminie, jak w gruncie rzeczy stało się to pięć lat wcześniej, po śmierci Jana Pawła II? Czy tym razem będzie inaczej, czy pozostanie jakiś trwały, wartościowy ślad?&lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Katastrofa smoleńska. Reakcje społeczne, polityczne i medialne&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Red. Piotr Gliński i Jacek Wasilewski&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Wydawnictwo IFiS PAN, Polskie Towarzystwo Socjologiczne&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 292&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Przedmowa&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;W przededniu pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej spróbujmy cofnąć się do atmosfery tamtych dni, i pytań, jakie zadawali sobie w owym czasie publicyści, politycy, badacze społeczni, ale także zwykli ludzie: czy katastrofa smoleńska, ta „polska tragedia narodowa”, jest czymś wyjątkowym w sensie społecznym? Czy szok wywołany śmiercią Prezydenta szybko przeminie, jak w gruncie rzeczy stało się to pięć lat wcześniej, po śmierci Jana Pawła II? Czy tym razem będzie inaczej, czy pozostanie jakiś trwały, wartościowy ślad? Jaki? Czy uzasadniona jest nadzieja na uspokojenie polskiego życia politycznego, ucywilizowanie naszej kultury politycznej? Czy są szanse na lepszą Polskę po Smoleńsku? I od czego to zależy?&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;Te pytania stawiane były chyba najczęściej, od chwili, gdy pierwsze tłumy zaczęły się gromadzić przed Pałacem Prezydenckim, gdy społeczeństwo spontanicznie, masowo i niezwykle silnie zareagowało na śmierć Prezydenta, który nagle, być może po raz pierwszy, stał się „naszym prezydentem”, nawet dla wielu dotychczasowych przeciwników, a niechętne mu media w jednej chwili, przynajmniej przez kilka pierwszych dni żałoby, diametralnie zmieniły sposób prezentowania jego osoby. To, co było jeszcze wczoraj wyśmiewane i niedoceniane, nagle stało się cnotą i wartością. Ten nowy wizerunek wymusiła uruchomiona szokiem katastrofy naturalna, „żałobna” postawa społeczeństwa, wzmocniona początkowo silnym medialnym sprzężeniem zwrotnym. Szok i emocje dominowały. Tysiące ludzi ruszyło do trumien Pary Prezydenckiej. Okoliczności tragedii, jej skala i wymiar państwowy,  mrożąca krew w żyłach symbolika, szczególny kontekst międzynarodowy wynikający ze specyficznych relacji z Rosją, a także niespotykane skoncentrowanie czasu społecznego i medialnego w trakcie dziewięciu długich dni żałoby na jednej najważniejszej dla wszystkich kwestii, wszystko to stanowiło o absolutnej wyjątkowości przeżywanej wówczas w Polsce sytuacji.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/GlinskiWasilewskiprzedmowa.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Przeczytaj cały wstęp&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Tue, 10 Apr 2012 10:58:46 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/katastrofa-smole-ska-reakcje-spo-eczne-polityczne-i-medialne/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Polskie, arcypolskie... - Andrzej Werner</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/polskie-arcypolskie-andrzej-werner/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/8810resizedimage200284-Wernerarcypolskie.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;284&quot; alt=&quot;&quot; title=&quot;&quot;/&gt;Myślę, że taką jest i dzisiaj. Obawy się spełniły. Jesteśmy wolni, a jednocześnie (auto)zniewoleni. W życiu publicznym, nawet towarzyskim, ale także w kulturze.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Polskie, arcypolskie...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Andrzej Werner&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Więź&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron:280&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt;Przedmowa&lt;/span&gt;&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Już niespełna ćwierćwiecze minęło, od kiedy książka &lt;em&gt;Polskie, arcypolskie...&lt;/em&gt; ukazała się nakładem Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA, niestety – w  dość słabo czytelnej edycji, czym zresztą przejmowano się, ale nie  nadmiernie, bo i tak, kto chciał, a chcących było wielu, zdzierał oczy  na produkcji podziemnych wydawnictw. W kilka miesięcy później, już  elegancko, książkę opublikowano w londyńskim Polonia Book Fund, ale było  to wydanie trudniej dostępne w kraju. Upływ czasu nakłada na mnie  dzisiaj zobowiązania. Choć być może chciałoby się zmienić coś więcej niż  znaki przestankowe i jawne nieporozumienia stylistyczne, ale nie wypada  i nie przystoi. Książka należy do swojego czasu, a ten czas za oknem  zmienił się jeszcze bardziej, niż proste daty na to wskazują. Czas we  wszystkich swoich wymiarach i kontekstach, przede wszystkim  kulturalnych, bo to chyba najważniejsze, wszak polityka i obyczajowość  też należą do szeroko rozumianej kultury. Rozpatrywana zaś przeszłość  zawsze odnosi się do dnia dzisiejszego. Oddać wszystko przeszłości? To  też nie uchodzi. Wszak zawsze liczymy na to, że coś istotnego przekroczy  ograniczenia własnego czasu i prześlizgnie się do nieznanej, ale jakoś  przewidywanej przyszłości.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Uwaga na poły techniczna. Kiedy w tekście książki piszę: „teraz”,  „dziś”, „z dzisiejszego punktu widzenia”, „do dnia dzisiejszego” itp., a  piszę dość często, bo jest to tekst z każdego punktu widzenia wyraźnie  datowany, mam na myśli czas ówczesny, lata 1984-1986.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Co to był za czas, kiedy pisałem &lt;em&gt;Polskie, arcypolskie…&lt;/em&gt;, gdzieś od  1984 do późnego 1986 r.? Czas zły. Ciągle jeszcze nie dość przypominać,  że wprowadzenie stanu wojennego to była nie tylko decyzja,  usprawiedliwiana później groźbą sowieckiej interwencji, ale realizacja  czasu przemocy. Przez cały okres 1982-1989 to nie akty gwałtu znaczyły  czas, ale czas był gwałtem. Czas tylekroć ponawianego podczas mojego  życia tryumfu podłości, świadomej polityki premiującej wszystko, co  niskie, mierne, uległe, rozbijającej w życiu społecznym i kulturalnym  jakiekolwiek autentyczne więzi, tak bliskie we wspomnieniach pierwszej  Solidarności. To nie tylko złowrogie wydarzenia, tak dobrze pamiętane,  nadawały czasom Jaruzelskiego ponurą barwę, ale przede wszystkim  codzienna praktyka.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Były jednak możliwości obronne. Stworzyły je ludzkie działania mądre,  odważne, ale dlatego właśnie − podziemne. Dla pisarza możliwość  wyzwolenia przynosił drugi obieg i wydawnictwa zagraniczne. Pisywałem od  kilku lat dość regularnie poza cenzurą, a jeszcze dłużej gadałem, i to  czasem całkiem publicznie, doświadczyłem więc dobrodziejstw egzotycznej  nieobecności cichego współuczestnika krytycznych zapędów. Wówczas  jeszcze nie podejrzewano, że zły czas miał również w tej współpracy  zasługi: formotwórczą rolę języka ezopowego doceniono dopiero po fakcie.  Jednak dopiero pisząc tę książkę, po kolei, od pierwszego zdania do  ostatniego, odczułem w pełni radość przebywania na wolnym obszarze.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Ale to tylko osobiste drobiazgi. O tyle istotne, że określają punkt  odniesienia tej wycieczki w czas przeszły, wówczas jeszcze niedokonany.  Wycieczki dość wojowniczej, zważywszy, że skoncentrowałem uwagę nie na  zwalczaniu przeciwników, serwilistyczną wobec reżimu literaturę i kino  zostawiając poza polem refleksji, ale na zaczepkach wobec „swoich”,  cenionych przez siebie pisarzy i filmowców, prezentujących w swojej  twórczości postawy, które jakoś tam realizowałem, skromnie drepcząc  zbliżoną drogą. Zaczepki? To źle powiedziane. Używam tego określenia  dlatego, że taki był po części odbiór. Pełen zdumienia, że się czepiam  wybitnych twórców, że im wytykam, a to nie zawsze zgodny z prawdą  historyczną charakter rozrachunków z przeszłością, stanowiący – bywało −  koncesję na rzecz dozwolonych i chętnie widzianych wykładni, a to znowu  wieloznaczność funkcji społecznych, jaką spełniają. Doczekałem się  nawet, i to całkiem niedawno, zestawienia tej książki z &lt;em&gt;Hańbą domową&lt;/em&gt; Jacka Trznadla (w książce Przemysława Czaplińskiego &lt;em&gt;Polska do wymiany&lt;/em&gt;).  Jeśli będę oponował przeciw takiej interpretacji, to przecież nie ze  względu na pamięć o własnych intencjach, ale ze względu na tekst, który  mam przed sobą. Nie ma tu pojęcia winy, nie ma podziału na niezłomnych i  tych, którzy dali się kupić czy ogłupić, nie ma śladu lustracji &lt;em&gt;avant la lettre&lt;/em&gt;.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Jest natomiast wspólnota żyjących w kulturze zniewolonej. Zniewolonej  nie do końca, bo z obecnym oporem przeciw zniewoleniu, tak czy inaczej  rozumianym wyrywaniem się na swobodę, ale kontrybucję płacili wszyscy.  Jedni większą i chętniej, inni mniejszą i z bólem, ale jednak.  Przypominam te kontrybucje, bo nazbyt często o nich zapominano, a dobre  samopoczucie rzadko bywa sprzymierzeńcem artysty. Świadomość zniewolenia  jest natomiast nieodzowna, by wiedzieć, co czynić należy dziś i jutro.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Pierwszym, kogo zaczepiam, jestem ja sam, w całym wstępnym rozdziale. I  nie za to, co w życiu sknociłem, ale przeciwnie, za to, z czego byłem i  jestem dumny. To oczywiście rozdział o Borowskim, świadczący, że coś  mnie boli. Wypieram się &lt;em&gt;Zwyczajnej apokalipsy?&lt;/em&gt; W żadnym wypadku. A  jednak uznaję wreszcie, po czasie, argumenty Jana Błońskiego. Czymś  mnie pociągają. Nawiasem mówiąc, to była rozmowa literacka, trwająca  przez długie lata w napisanych tekstach, rozmowa, której można mi  pozazdrościć. Bo to była rozmowa, a nie kłótnia – i to o sprawach  najważniejszych.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Sednem sporu o Borowskiego, przede wszystkim mojego własnego sporu z  samym sobą inspirowanego między innymi wspomnianymi wątpliwościami  Błońskiego, obok Mannowskiego (później – Miłoszowskiego) problemu  estetycznego przymierza ze złem, była waloryzacja postawy bezwzględnie  krytycznej, pewnego rodzaju absolutyzmu poznawczego, który nie uznawał  żadnych względów poza celem poznawczym właśnie, rozbijał wszelkie  bariery obronne, zrywał troskliwie zaciągnięte zasłony, uświęcone  tradycją mity demaskował jako mistyfikacje. Aktualne funkcje polityczne  takiej postawy wobec fikcyjnego świata propagandy komunistycznej były  oczywiste, ale ofiarą padały także tradycyjne szańce obronne przeciw  obcej opresji; tendencja demitologizacyjna w ówczesnej kulturze mieściła  się na antypodach jakiegokolwiek konserwatyzmu. Po książce o Borowskim,  szczególnie radykalnym przedstawicielu tej tendencji, wielokrotnie i na  różnych polach manifestowałem zbliżone przekonania, solidaryzowałem się  z literaturą i filmem, które odzierały historyczne i współczesne  opowieści z różnorakich złudzeń, wmówień i kapliczek. Czy &lt;em&gt;Polskie arcypolskie…&lt;/em&gt; oznaczało generalny odwrót od tych tendencji, zmianę frontu?&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Pytam, bo pojawiły się takie interpretacje. Ostatnio we wspomnianej  książce Czaplińskiego, gdzie autor uznał to moje pisanie za ważne dla  czasów przed politycznym przełomem, ale „wypracowane stanowisko”  określił jako tradycyjnie polsko-konserwatywne. Zdumiało mnie to mocno,  bo jakoś sam siebie nie potrafię w tym rozpoznać. Co ważniejsze nie  widzę tego w tekście. Przede wszystkim obca mi była potrzeba  wypracowania stanowiska, które dziś rozumielibyśmy w kategoriach  politycznych. Kryje się tu jawny anachronizm: pamiętajmy, że  przeciwnikiem politycznym był wówczas system komunistyczny, czy też po  prostu tak zwany realny socjalizm z przewodnią rolą partii. I wobec tego  przeciwnika byłem otwarcie zdeklarowany i rozpoznawany nie tylko przez  SB i w obrębie środowisk bynajmniej nie konserwatywnych.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Nie należy mylić zmiany akcentów ze zmianą całej postawy. I tak jak  garstka goryczy miała zepsuć nazbyt już rozdmuchany mit kultury  nieustępliwie walczącej, konfrontując ją z nieco bardziej prozaiczną  rzeczywistością prostych faktów życia w niewoli, w takim samym stopniu  nie oznaczała oskarżenia tej kultury według kryteriów wyprowadzonych nie  z tego świata, nie z tej rzeczywistości. Miała natomiast wzmóc wolę  działania skutecznego – w tych właśnie, a nie innych okolicznościach.  Płaciła nawet za to konkretną cenę – zepchnięcie na dalszy plan  autotelicznych funkcji dzieła artystycznego. Ukazanie nieuniknionych  uwikłań literatury w sieć półprawd i dwuznacznych funkcji wskazuje  właśnie na kontynuację krytycznego, demitologizacyjnego etosu również w &lt;em&gt;Polskim, arcypolskim…&lt;/em&gt;&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Zmiany akcentów. Myślę, że nie byłem samotny z niepokojami, które kazały  mi te zmiany wprowadzić. Nie tu miejsce, by dokładnie charakteryzować  ich symptomy. Niektóre jednak warto wymienić, bo zapewne odcisnęły swoje  piętno na moich poszukiwaniach. Ogromne znaczenie miała publikacja &lt;em&gt;Obecności mitu&lt;/em&gt; Leszka Kołakowskiego, postaci szczególnie ważnej, z perspektywy czasu −  najważniejszej dla krytycznego ducha kultury popaździernikowej. Relacja  wobec mitu była punktem centralnym, miejscem newralgicznym sporu.  Rewaloryzacja przez Kołakowskiego mitu jako szczególnego stanu skupienia  wartości afirmatywnych w opozycji do krytycznego, negatywnego porządku  myślenia, przy jednoczesnym zachowaniu świadomości, tak silnie w  najnowszej historii umiejscowionej, ogromnych niebezpieczeństw kryjących  się w jednostronnej afirmacji, wskazuje na konieczność rozumnej  koegzystencji przeciwstawnych w znacznej mierze porządków. Wskazując  artystów i myślicieli niejednoznacznych pod interesującym nas względem,  trzeba wskazać na rosnącą w krajowym życiu intelektualnym, zwłaszcza od  czasu powstania drugiego obiegu, obecność Czesława Miłosza. Wiersze i  eseje tworzone aktualnie, ze szczególnie nas tutaj interesującą Ziemią &lt;em&gt;Ulro&lt;/em&gt;,  ale i wcześniejsze, odczytywane w zmienionym kontekście, na przykład  polemikę Miłosza z Gombrowiczem, relacjonowaną obszernie w &lt;em&gt;Dzienniku&lt;/em&gt;.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Ogromne znaczenie miały oczywiście wydarzenia wielkiej historii: postać i  przesłanie Jana Pawła II, wzmożona praca u podstaw niezależności  polskiej kultury i życia społecznego, i okres pierwszej Solidarności,  wzrost wiary w polską zbiorowość, jej siłę i zdolność moralnego  odrodzenia. I skuteczność tego działania wbrew − tak łatwo zwyciężającej  − ciemności czasu stanu wojennego. Chciałoby się wzmocnić te więzi  wspólnotowe, zwłaszcza że już w czasie przedłużonego stanu wojennego, to  znaczy aż do ’89 roku, niepokoiły obserwacje wskazujące na ich  stopniowy rozkład, w stosunku do imponującej manifestacji po sierpniu  ’80. Więzi cementowanych nie przez bagaż tradycyjnych wyobrażeń, ale  przez zespół zadań do wypracowania i realizacji – jasnych w czasach  komunistycznej opresji.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Jak to wygląda z dzisiejszej perspektywy? Znaleźli się gracze, którzy  postawili na zaczerpnięte z tradycji polskie residua, nie bacząc na ich  jakość, nie bacząc na skutki, jakie przynieść muszą w zmieniającym się  nagle świecie – jedyne, co się liczy, to polityczna skuteczność, ilość  wyborców skłonnych poprzeć to, co stare, wiadome, jakoby dobrze znane.  To, co wylazło przy tym z worka – przeraża, a co najmniej, używając już  zobiektywizowanego języka, dzieli polskie społeczeństwo jak nigdy  wcześniej. To znaczy dzieliło i wcześniej, ale nigdy tak głośno;  możliwość wzniecenia hałasu stała się racją bytu mediów. Trzeba  przyznać, że nie doceniłem aktualnej siły i głębokości zalegania w  zbiorowej podświadomości polskich regresywnych mitów ofiary i  męczeństwa.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Ale dość. Tak wchodzi się w język, którego za wszelką cenę chciałbym  uniknąć. Język, który przeczy najistotniejszym założeniom książki, którą  napisałem przed ćwierćwieczem. Wspominałem, że pisałem ją, żeby się  wyzwolić. Ale wyzwolić nie tylko od nakazów i zakazów cenzury,  wypowiedzieć treści, które były niemożliwe do wypowiedzenia w oficjalnym  druku. Pozostawały jeszcze nawyki wykształcone przez lata niewoli,  również i te znacznie wcześniejsze niż aktualnie wówczas praktykowane.  Dotyczące między innymi nakazu skuteczności podjazdowej walki z  rzeczywistym ciemiężcą. Każda postawa, każda myśl jest prześwietlana pod  tym kątem widzenia. A więc założenie maksymalnej jedności, taktycznych  sojuszy – jeśli zajdzie potrzeba, zwierania szeregów. Bywało, i to  bywało nader często, że jeden „obóz” dzielił się, ze względu na takie  czy inne różnice, na dwa, a nawet więcej „podobozów” („frakcji”).  Wówczas taka sama dyscyplina dotyczyła owych mniejszych całości, i to  paradoksalnie w sposób nie mniej, a jeszcze bardziej rygorystyczny.  Owszem, politycznie rzecz biorąc, czy w ogóle praktycystycznie, była ona  niejednokrotnie potrzebna czy nawet konieczna. Choć prowadziła niekiedy  do gorszących ekscesów; strażnicy spoistej tożsamości nigdy nie  należeli do najbardziej spolegliwych. Dla samej kultury była po prostu  zabójcza. Uniemożliwiała jakąkolwiek próbę zgłębienia najważniejszych  problemów – niezależną od doraźnych implikacji. &lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Stawało się to dla mnie, cokolwiek rozzuchwalonego możliwością swobodnej  wypowiedzi, sytuacją nie do zniesienia. Dalej tak nie można. Trzeba  przedstawić rzeczy, fakty kultury nas wszystkich pospołu, tak czy  inaczej – zniewolonych. I to już najwyższy czas, by przygotować się do  życia w wolności – z jej własnymi problemami. Kultura jest właściwym  terenem do takiej nauki.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Spotykałem się z połajankami, że „czepiam się” tych czy innych wybitnych  i zasłużonych pisarzy, filmowców. Jeśli towarzyszyła temu choć odrobina  dyskusji merytorycznej, uznawałem rzecz za właściwą i zrozumiałą.  Gorzej, gdy spotykały mnie sugestie, że zmieniłem front, przeszedłem na  inne pozycje. Bardzo mnie ucieszyła zatem nagroda „Solidarności”  Pracowników Wydawnictw za najlepszą książkę polskiego autora  zamieszkałego w kraju wydaną w obiegu niezależnym w 1987 roku. Większej  debaty w prasie niezależnej książka jednak nie wywołała. Była jakby  niewygodna.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Myślę, że taką jest i dzisiaj. Obawy się spełniły. Jesteśmy wolni, a  jednocześnie (auto)zniewoleni. W życiu publicznym, nawet towarzyskim,  ale także w kulturze. Wystarczy jedno zdanie na jakiś bardziej  zasadniczy temat: tradycji, historii (w tym na przykład historii  opowiadanej w &lt;em&gt;Polskim, arcypolskim…&lt;/em&gt;), a natychmiast pojawi się  pytanie, jakie funkcje polityczne spełnia, jakiej postawie odpowiada.  Jaką gazetę czyta jej autor i w jakiej drukuje. I przeciwnie:  jakiekolwiek twierdzenie postaci o określonym stanowisku politycznym są  natychmiast redukowane do tego właśnie stanowiska. Niekiedy zresztą nie  bez powodu, co jest jeszcze jedną figurą tej politycznej zaplatanki.  Racje przestają jakby istnieć, tracą własną konsystencję, autentyczna  debata staje się co najmniej trudna i ograniczona do kwestii  neutralnych, a ilość kwestii neutralnych ciągle maleje. Literatura, film  czy teatr zmierzają w kierunku dowolności kryteriów poznawczych i  estetycznych i to również nie ułatwia sytuacji, oddaje poszczególne  wypowiedzi o świecie w pacht kryteriom zewnętrznym, a wśród nich  najbardziej agresywne są właśnie kryteria polityczne. Nawet tam, gdzie  nie są w żaden sposób uzewnętrzniane: lansowanie „swoich” artystów, bez  względu na obecność/nieobecność przesłanek politycznych czy ideowych to  również znak czasu zacierający kontury czegoś, co kiedyś było określane  jako krytyka literacka czy w ogóle artystyczna.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt; Może więc &lt;em&gt;Polskie, arcypolskie...&lt;/em&gt; przyda się do czegoś i dzisiaj?&lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Tue, 03 Apr 2012 09:00:58 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/polskie-arcypolskie-andrzej-werner/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Ewangeliarz dominikański - Jacek Salij OP</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/ewangeliarz-dominika-ski-jacek-salij-op/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/8792resizedimage200288-SalijEwangeliarz.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;288&quot;/&gt;Jeśli w tobie nie ma zapału do dzielenia się swoją wiarą — choćby tylko z własnym współmałżonkiem, choćby tylko z własnymi rodzonymi dziećmi — kto wie, może ty jeszcze trwasz w chorobie, może dopiero czekasz na swoje uzdrowienie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Ewangeliarz dominikański&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Jacek Salij OP&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: W Drodze&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 472&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;span class=&quot;zloty13&quot;&gt;Mk 1,29–39 &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;br/&gt;On podszedł do niej i podniósł ją, ująwszy za rękę. Gorączka ją opuściła&lt;br/&gt;i usługiwała im.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;br/&gt;W opisie uzdrowienia teściowej Piotra znajduje się pewien szczegół,&lt;br/&gt;jakiego nie znajdziemy w żadnym innym opisie uzdrowień dokonanych&lt;br/&gt;przez Pana Jezusa. Mianowicie, Ewangelista powiada, że natychmiast&lt;br/&gt;po uzdrowieniu teściowa Szymona Piotra zaczęła usługiwać Jezusowi&lt;br/&gt;i Jego uczniom. Zwykle choroba wyczerpuje ciało, toteż kiedy ktoś w sposób&lt;br/&gt;naturalny wraca do zdrowia, potrzebuje trochę czasu na rekonwalescencję,&lt;br/&gt;aby wrócić do sił. Teściowa Piotra, uzdrowiona cudownie, od razu&lt;br/&gt;była w pełni zdolna do wypełniania swoich obowiązków gospodyni.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;br/&gt;Co oznacza ten szczegół w odniesieniu do uzdrowień duchowych? Otóż&lt;br/&gt;tak już jakoś jest, że człowieka biednego najlepiej zrozumie ten, kto sam&lt;br/&gt;zaznał biedy. Pijakowi najskuteczniej może pomóc ktoś, kto sam kiedyś&lt;br/&gt;był pijakiem, a ludziom niewierzącym szczególnie przekonująco potrafi ą&lt;br/&gt;pokazać wspaniałość wiary ci, którzy sami kiedyś byli niewierzący.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;br/&gt;Prawdziwe nawrócenie nie jest egocentryczne, nie kończy się na sobie&lt;br/&gt;samym. Ktoś, kto na własnej skórze zaznał poniżenia i upodlenia, jakie sprowadza&lt;br/&gt;na człowieka uzależnienie od alkoholu, i kto później doświadczył łaski&lt;br/&gt;wyzwolenia od tego nałogu, często odczuwa wewnętrzny przymus, żeby pomagać&lt;br/&gt;innym w ich drodze do trzeźwości. Bardzo podobnie ci ojcowie i matki,&lt;br/&gt;którzy kiedyś dopuścili się aborcji, ale później doświadczyli, jak wielką łaską&lt;br/&gt;jest Boże przebaczenie, nieraz angażują się w ratowanie cudzych dzieci. Po&lt;br/&gt;tym poznać prawdziwe nawrócenie, że człowiek wiele by dał, aby bliźni nie&lt;br/&gt;powtarzali już tego grzechu, jakiego on sam kiedyś się dopuścił.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;br/&gt;Być może właśnie tutaj leży jedna z tajemnic tego ogromnego zapału&lt;br/&gt;ewangelizacyjnego, który cechował Apostoła Pawła. Kiedyś wyrwało mu&lt;br/&gt;się z duszy takie zdanie: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Paweł&lt;br/&gt;z własnego doświadczenia wiedział, jak ciężko może człowiek zbłądzić pod&lt;br/&gt;wpływem swoich fałszywych przekonań. Sumienie miał kiedyś do tego&lt;br/&gt;stopnia wypaczone, że wydawało mu się, iż jego zaangażowanie przeciwko&lt;br/&gt;chrześcijanom podoba się Bogu. Z tego zaślepienia wyzwolił Pawła&lt;br/&gt;Zmartwychwstały Chrystus i Jego Ewangelia. Paweł zrozumiał, jak ciężko&lt;br/&gt;błądził. Odtąd żył wielkim pragnieniem, aby inni jak najszybciej poznali&lt;br/&gt;Chrystusa i żeby już nie musieli tak błądzić, jak kiedyś on błądził.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;br/&gt;Teściowa Piotra natychmiast po swoim uzdrowieniu zaczęła usługiwać&lt;br/&gt;innym. Jeśli w tobie nie ma zapału do dzielenia się swoją wiarą — choćby&lt;br/&gt;tylko z własnym współmałżonkiem, choćby tylko z własnymi rodzonymi&lt;br/&gt;dziećmi — kto wie, może ty jeszcze trwasz w chorobie, może dopiero czekasz&lt;br/&gt;na swoje uzdrowienie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/Salijewangeliarz.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Przeczytaj dłuższy fragment Ewangeliarza&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Thu, 29 Mar 2012 09:43:43 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/ewangeliarz-dominika-ski-jacek-salij-op/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Fenomenologia Husserla - Dan Zahavi</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/fenomenologia-husserla-dan-zahavi/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/8780resizedimage200297-ZahaviFenomenologia.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;297&quot;/&gt;Edmund Husserl urodził się 8 kwietnia 1859 roku w Prostejowie na Morawach (wtedy część Cesarstwa Austriackiego) w rodzinie żydowskiej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Fenomenologia Husserla&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Dan Zahavi&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: WAM&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 208&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Wprowadzenie&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;br/&gt;Edmund Husserl urodził się 8 kwietnia 1859 roku w Prostejowie na Morawach (wtedy część Cesarstwa Austriackiego) w rodzinie żydowskiej. W latach 1876-1882 studiował fizykę, matematykę, astronomię oraz filozofię, najpierw w Lipsku a potem w Berlinie i Wiedniu. Pracę doktorską z matematyki obronił w 1882 roku w Wiedniu, gdzie w kolejnych latach uczęszczał na wykłady wybitnego psychologa i filozofa Franza Brentano. W 1886 roku Husserl przeszedł na protestantyzm, a rok później na uniwersytecie w Halle, na którym przez kolejnych czternaście lat zatrudniony był jako privatdozent, obronił habilitację o pojęciu liczby. W tym czasie szczególnie interesował się fundamentalnymi problemami epistemologii i teorii nauki. Efektem tych rozmyślań było pierwsze jego wielkie dzieło: &lt;em&gt;Badania logiczne&lt;/em&gt;, opublikowane w latach 1900-1901. Praca ta sprawiła, że zaproszono go na uniwersytet do Getyngi, gdzie nauczał od 1901 do 1916 roku, najpierw jako profesor nadzwyczajny, a od 1906: zwyczajny. Kolejne wielkie dzieło, które zapowiadało zwrot Husserla w stronę filozofii transcendentalnej, zostało wydane w 1913 roku pod tytułem Idee czystej fenomenologii i fenomenologicznej filozofii I (tomy II i III wydano pośmiertnie). W roku 1916 przeniósł się do Fryburga Bryzgowijskiego, gdzie po neokantyście, Heinrichu Rickercie, objął stanowisko kierownika katedry filozofii. W tych też latach Edyta Stein i Martin Heidegger pracowali jako jego asystenci. Dzięki ich pracy redakcyjnej w 1928 roku opublikowane zostały słynne Husserlowskie: Wykłady z fenomenologii wewnętrznej świadomości czasu. Gdy Husserl przeszedł na emeryturę, posadę po nim przejął Heidegger. W ciągu kolejnych lat ukazały się:&lt;em&gt; Logika formalna i logika transcendentalna &lt;/em&gt;(1929) i &lt;em&gt;Medytacje kartezjańskie&lt;/em&gt; (1931)[1]. Przez ostatnie pięć lat swojego życia Husserl był ofiarą antysemickiego ustawodawstwa wprowadzonego przez nazistów po zdobyciu władzy w Niemczech w 1933 roku. W tym roku został usunięty z listy profesorów uniwersytetu, a także – częściowo na skutek działań Heideggera – odmówiono mu dostępu do biblioteki uniwersyteckiej. Pomimo że w latach 30-tych pozostawał odizolowany od niemieckiego środowiska uniwersyteckiego, w 1935 roku otrzymał propozycję wygłoszenia wykładów w Wiedniu i Pradze. Wykłady te tworzyły zrąb jego ostatniej wielkiej pracy pt. Kryzys nauk europejskich i fenomenologia transcendentalna. Pierwsza jej część ukazała się w jugosłowiańskim periodyku w roku 1930.&lt;br/&gt;&lt;br/&gt;[1] Chodzi o francuskie tłumaczenie Medytacji kartezjańskich, dokonane przez Lévinasa,&lt;br/&gt;Peiffera i Koyrégo. Dzieło napisane w 1929 roku, po niemiecku ukazało się dopiero&lt;br/&gt;w roku 1950.&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/Zahavifenomenologia.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Przeczytaj cały wstęp, fragment książki oraz jej spis treści&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p style=&quot;text-align: justify;&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Mon, 26 Mar 2012 08:45:47 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/fenomenologia-husserla-dan-zahavi/</guid>
		</item>
		
		<item>
			<title>Teologia polityczna i inne pisma - Carl Schmitt</title>
			<link>http://www.teologiapolityczna.pl/teologia-polityczna-i-inne-pisma-carl-schmitt/</link>
			<description>&lt;p&gt;&lt;img class=&quot;left&quot; src=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/cache/img/8740resizedimage200321-SchmittTeologia.jpg&quot; width=&quot;200&quot; height=&quot;321&quot;/&gt;Po ponad dziesięciu latach od opublikowania w 2000 roku zbioru polskiego tłumaczenia pism Carla Schmitta, autor Teologii politycznej doczekał się w naszym kraju całkiem imponującej recepcji. &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Teologia polityczna i inne pisma&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Carl Schmitt&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;wydawca: Aletheia&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;ilość stron: 316&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;zloty13&quot;&gt;Wstęp do drugiego wydania&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Marek A. Cichocki&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/spotkanie-carl-schmitt-klucz-do-polityki&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Zapraszamy na spotkanie nt. Carla Schmitta - już 20 marca!&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po ponad dziesięciu latach od opublikowania w 2000 roku zbioru polskiego tłumaczenia pism Carla Schmitta, autor &lt;em&gt;Teologii politycznej &lt;/em&gt;doczekał się w naszym kraju całkiem imponującej recepcji. Swego czasu żywe zainteresowanie wzbudziło zdjęcie publikowane w prasie przedstawiające premiera Waldemara Pawlaka czytającego w ławach rządowych wybór pism Schmitta. Była to sprawa intrygująca, ponieważ z czasem narosło w polskiej debacie publicznej wiele domysłów oraz przekonań co do rzekomego bezpośredniego wpływu koncepcji Schmitta na charakter współczesnej polskiej polityki. Po 2005 roku niektórzy byli nawet gotowi przyznać całkiem otwarcie, że myśl Schmitta głęboko wniknęła do krwiobiegu polskiego życia publicznego i je zupełnie zatruła. Polityka Jarosława Kaczyńskiego, oparta na generowaniu konfliktów i konieczności ich przełamywania, miała być oczywistym przykładem urzeczywistnienia przejętej do polskiej praktyki Schmittowskiej koncepcji przyjaciela i wroga.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href=&quot;http://www.teologiapolityczna.pl/assets/Nowe_okladki/WstepdoSchmitta.pdf&quot; target=&quot;_blank&quot;&gt;Przeczytaj cały wstęp i fragment książki&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;</description>
			<pubDate>Mon, 26 Mar 2012 02:28:22 +0200</pubDate>
			
			<guid>http://www.teologiapolityczna.pl/teologia-polityczna-i-inne-pisma-carl-schmitt/</guid>
		</item>
		

	</channel>
</rss>
