Nowe Jeruzalem - Gilbert Keith Chesterton

Nowe Jeruzalem - Gilbert Keith Chesterton

Wracający z Jerozolimy ludzie, których zdarzyło mi się spotkać, zwierzali się z najróżniejszych i zupełnie sprzecznych ze sobą wrażeń, jakie to miasto na nich wywarło – a jednak moje osobiste wrażenie przeczyło im wszystkim naraz. Niewątpliwie, ich odczucia są równie prawdziwe, jak moje; pozwalam sobie jednak opisać moją perspektywę właśnie dlatego, że jest prawdziwa, a także ze względu na to, iż wydaje się ona wskazywać na pewną zaniedbaną, dotyczącą tego miejsca prawdę. Nie oczekiwałem, że prawdziwe Jeruzalem okaże się Nowym Jeruzalem, miastem miłości i pokoju, nie bardziej w każdym razie, niż że okaże się ono miastem z chryzolitu i pereł.

Wracający z Jerozolimy ludzie, których zdarzyło mi się spotkać, zwierzali się z najróżniejszych i zupełnie sprzecznych ze sobą wrażeń, jakie to miasto na nich wywarło – a jednak moje osobiste wrażenie przeczyło im wszystkim naraz. Niewątpliwie, ich odczucia są równie prawdziwe, jak moje (...) Nie oczekiwałem, że prawdziwe Jeruzalem okaże się Nowym Jeruzalem, miastem miłości i pokoju, nie bardziej w każdym razie, niż że okaże się ono miastem z chryzolitu i pereł.

Gilbert Keith Chesterton

Nowe Jeruzalem

Chesterton Polska

2017

 

 

Wstęp

Książka niniejsza to ledwie nieporęcznie duży zeszyt; w związku z czym, niezależnie od tego, czy posiada jakieś łączące się z tą formą zalety, na pewno posiada wszystkie możliwe wady sporządzanych „tu i teraz” notatek. Ze względu na moje niespodziewane roztargnienie spowodowane różnymi innymi obowiązkami, notatki te publikowano w gazecie dokładnie w takiej formie, jaką otrzymały na miejscu; i w takiej formie, w jakiej zostały opublikowane w gazecie, powiela się je teraz w niniejszej książce. Jedyny wyjątek stanowi rozdział ostatni, poświęcony syjonizmowi; lecz nawet w tym wypadku wracam po prostu do zbioru pierwotnych zapisków. Różnica zdań, zachodząca pomiędzy autorem a ogólną linią wspomnianej gazety, uniemożliwiła opublikowanie tego rozdziału razem z całą resztą. Zdaję sobie sprawę, że jakikolwiek skrót zafałszowałby w tym wypadku proporcje podjętej przeze mnie próby oddania sprawiedliwości temu bardzo trudnemu zagadnieniu; lecz nawet czytając efekt moich wysiłków in extenso, jestem bardzo daleki od jakiejkolwiek satysfakcji w tej sprawie. Spisywałem owe pierwsze wrażenia w Palestynie, gdzie każdy uznaje Żydów za lud odrębny od Anglików czy Europejczyków; i gdzie ich niepopularność pchnęła mnie nawet do podjęcia się ich obrony. Przyznaję wszakże, że powrót do bardziej konwencjonalnej atmosfery, w której niepopularności owej ciągle się zaprzecza albo traktuje się ją tak, jakby była formą zwykłego prześladowania, stanowił dla mnie coś w rodzaju szoku. Czymś jeszcze bardziej szokującym był zaś fakt, że ów najbardziej obskurny ze wszystkich rodzajów obskurantyzmu ciągle jeszcze uznaje się u nas za liberalizm. Mówić o Żydach wyłącznie jako o prześladowanych, a nigdy jako o prześladowcach, to zwykły absurd; to tak, jak gdyby ludzie zaczęli domagać się rozumnej pomocy dla wygnanych francuskich arystokratów lub zrujnowanych posiadaczy ziemskich z Irlandii, zapominając przy tym o jakichkolwiek szkodach, które mogli ponieść w całej sprawie irlandzcy i francuscy chłopi. Co więcej, Żydzi Zachodu wydają się nie tyle pytać – jak uczyniłem to, jakkolwiek bardzo ostrożnie, w niniejszej książce – czy zakrojona na szerszą skalę i mniej lokalna kolonizacja rzeczywiście może skutecznie przenieść większą część Izraela w bardziej niezależne formy bytowania, co raczej wprost żądać, aby pozwolono im nadal sprawować kontrolę nie tylko nad własnym narodem, lecz także – nad innymi narodami. Być może, że próba uregulowania problemu żydowskiego, z natury swej ryzykowna, stanowi dla Anglii rzecz wartą zachodu; lecz na pewno zachodu niewarte jest podejmowanie takiego ryzyka, które skończy się tylko pogorszeniem problemu arabskiego i zostawi problem żydowski bez rozwiązania.

Co do reszty, musiałem, ze względu na okoliczności, mylić się znacznie częściej, niż bym to sobie wymarzył; przypuszczenia historyczne, bo nie można ich uznać za cokolwiek więcej, opierałem na świadectwach ludzi, których uważałem za dostatecznie godnych zaufania; nigdy jednak nie udawałem, że mam wystarczającą wiedzę, aby sprawdzić, czy mówią oni prawdę. Zdaję sobie sprawę z tego, że dotykam wielu kwestii kontrowersyjnych; jak choćby w wypadku domniemanego związku Gerarda, owego płomiennego templariusza, z angielskim miasteczkiem Bideford. Zdaję sobie również świetnie sprawę z faktu, że niektórzy ludzie przywiązują wielką wagę do poprawnej pisowni; i że sami korektorzy bardzo często buntują się i zmieniają słowo „Mahomet” na „Mohammed”. W tej kwestii jednak, niczego nie żałuję;  jako iż nigdy nie mogłem zrozumieć, jaki sens ma zmienianie jednej formy imienia, mającej w naszym języku znaczenie historyczne, a wręcz heroiczne, na inną, tylko po to, aby przy pomocy ułożenia naszych liter w określonej kolejności oddać coś, co tak naprawdę pisze się innymi literami i, prawdopodobnie, wymawia z zupełnie innym akcentem. Mówiąc o tym wielkim proroku jestem niniejszym zdeterminowany nazywać go Mahometem; i gotów – na użytek dalszej prowokacji – nazywać go Mahoundem.

Książka do pobrania na portalu Chesterton Polska

Zostań współwydawcą Teologii Politycznej. Przekaż darowiznę.

Wpłać darowiznę
50 zł
Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
200 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.