Do poprawnego działania strony wymagana jest włączona obsługa JavaScript

Witold Wojtkiewicz – Chrystus, dzieci i rewolucja. Z Piotrem Kopszakiem rozmawia Michał Strachowski

Witold Wojtkiewicz – Chrystus, dzieci i rewolucja. Z Piotrem Kopszakiem rozmawia Michał Strachowski

Co sprawiło, że gwiazda Wojtkiewicza rozbłysła ponownie po kilku dekadach? I co sprawia, że nie gaśnie i dziś? Najprostsza odpowiedź brzmi: dotkliwa ironia. Najtrafniejszy jej wyraz dał sam artysta w liście do rodziców z 16 kwietnia 1904 roku, w którym opisywał trapiące go podówczas dolegliwości: „Najważniejsze, że humor mi został, a z tym kapitałem i po śmierci dam sobie radę”.

Wojtkiewicz nie doczekał się za życia uznania, na jakie zasługiwał. Jak to, może się ktoś żachnąć, a zachwyty André Gide’a i Maurice Denisa w berlińskiej galerii Schultego?[1] A paryski sukces autora Szkiców tragikomicznych?[2] Nie sposób tego wszystkiego przeoczyć. Sława przyszła jednak dla malarza za późno, gdyż – jak wspominał Boy-Żeleński – przedwczesna śmierć „[…] przecięła jego działalność w chwili, gdy zaczynał zyskiwać rozgłos i uznanie; nieliczne jego płótna, rozkupione przez przyjaciół i wielbicieli, znikły w domach prywatnych, tak że gdy potem przyszły lata wojny i odbudowy, nazwisko Wojtkiewicza uległo zapomnieniu”[3]. Nie spełniło się także proroctwo, które zawarł Gide w przedmowie do katalogu prac artysty: „Z‎ ‎pewnością‎ ‎czuje‎ ‎się, – a‎ ‎w‎ ‎miarę‎ ‎jak‎ ‎talent‎ ‎jego‎ ‎będzie‎ ‎tężał,‎ ‎będzie‎ ‎się‎ ‎czuło‎ ‎jeszcze‎ ‎bardziej‎,‎ ‎–‎ ‎jak głęboko‎ ‎Wojtkiewicz‎ ‎tkwi‎ ‎w‎ ‎swoim‎ ‎kraju,‎ ‎w‎ ‎swojej niezmożonej‎ ‎rasie,‎ ‎której‎ ‎dusza,‎ ‎dumna‎ ‎zarazem‎ ‎i‎ ‎smętna‎,‎ ‎namiętna‎ ‎i‎ ‎rozdarta‎,‎ ‎–  ale‎ ‎nigdy‎ ‎niema‎,‎ ‎– ‎znajduje‎ ‎w‎ ‎nim‎ ‎nowy‎ ‎wyraz,‎ ‎zdobyty‎ ‎wprzód‎ ‎w‎ ‎muzyce i‎ ‎w‎ ‎poezji”[4].

Jednocześnie niewielu twórców miało takie szczęście jak autor Ceremonii. Zainteresował największe pióra polskiej humanistyki. Jeszcze przed Wielką Wojną poświęcili mu pośmiertne wspomnienia Witold Noskowski i Antoni Potocki, a tuż po niej przywoływał go z niepamięci Boy-Żeleński. Po kolejnej, jeszcze bardziej niszczycielskiej niż ta, o której mówił autor Słówek, Wojtkiewiczowi poświęcili osobne studia Wiesław Juszczak, Jerzy Ficowski i Piotr Paziński, żeby poprzestać na najważniejszych. Jaki obraz malarza wyłania się z tych tekstów? Z największą czułością (i chyba w najtrafniej) sportretował go Boy. W Ludziach żywych można odnaleźć taką oto charakterystykę artysty: „Ta‎ ‎sama‎ ‎odrębna‎ ‎indywidualność,‎ ‎która‎ ‎bije z‎ ‎jego‎ ‎obrazów,‎ ‎zaznaczała‎ ‎się‎ ‎i‎ ‎w‎ ‎osobie‎ ‎Wojtkiewicza.‎ ‎W‎ ‎dobie‎ ‎rozwichrzonej‎ ‎cyganerji‎ ‎i‎ ‎jej‎ ‎sławnych‎ ‎»peleryn«,‎ ‎on‎ ‎reprezentował‎ ‎wytworny‎ ‎dandyzm:‎ ‎staranny‎ ‎w‎ ‎stroju‎ ‎tak,‎ ‎że‎ ‎koledzy‎ ‎żartowali zeń‎ ‎sobie,‎ ‎iż‎ ‎nosi‎ ‎w‎ ‎kieszeni‎ ‎ściereczkę‎ ‎do‎ ‎butów, tak‎ ‎dalece‎ ‎nie‎ ‎znosił‎ ‎na‎ ‎nich‎ ‎najmniejszego‎ ‎pyłka. Te‎ ‎same‎ ‎cechy‎ miał‎ ‎umysłowo.‎ ‎Dowcipny,‎ ‎wykształcony,‎ ‎ironiczny,‎ ‎nieprzystępny,‎ ‎krył‎ ‎pod‎ ‎temi pozorami‎ naturę‎ ‎głęboko‎ ‎i‎ ‎boleśnie‎ ‎wrażliwą,‎ ‎uczuciową,‎ ‎przepojoną‎ ‎smutkiem.‎ ‎Był‎ ‎to‎ ‎smutek‎ ‎chorego‎ ‎dziecka,‎ ‎smutek‎ ‎poety‎ ‎niepogodzonego‎ ‎z‎ ‎życiem, czującego‎ ‎się‎ ‎zresztą‎ ‎przelotnym‎ ‎gościem‎ ‎na‎ ‎ziemi”[5]. Zgadzałoby się to z autoportretem Wojtkiewicza, który zostawił po sobie w liście do Elizy Pareńskiej, sporządzonym w Paryżu 21 maja 1907 roku: „‎przesada‎ ‎okrutna‎ ‎– ‎to moja‎ ‎kochanka‎ ‎duchowa,‎ ‎umazana‎ ‎jaskrawemi‎ ‎przesadnemi‎ ‎kolorami,‎ ‎umądrzona‎ ‎moim‎ ‎stylem‎ ‎mętnie-kwiecistym‎ ‎i‎ ‎perfumowana‎ ‎łzami‎ ‎złości‎ ‎melancholika-egoisty”[6]. Dodawał następnie: „Mnie‎ ‎czasami‎ ‎tłucze‎ ‎nostalgja‎ ‎za‎ ‎krajem,‎ ‎trochę‎ ‎i za‎ ‎bardzo,‎ ‎zważywszy‎ ‎wiek:‎ ‎mam‎ ‎naturę‎ ‎widocznie‎ ‎mazgajowatą,‎ ‎i‎ ‎to‎ ‎mi‎ ‎ciągle‎ ‎naprowadza‎ ‎przeżyte chwile‎ ‎i‎ ‎chwile‎ ‎przyzwyczajenia.‎ ‎Na‎ ‎nowe‎ ‎patrzę‎ ‎zawsze‎ ‎jak‎ ‎Judasz‎ ‎ze‎ ‎złością,‎ ‎podejrzeniem,‎ ‎i‎ ‎przyjmuję‎ ‎niechętnie”[7]. Z kolei w czerwcu 1939 roku pisał Vlastimil Hofmann tak: „Młody stosunkowo wiek, w którym usnął ten mający własny swój świat artysta, nie był – moim zdaniem – przedwczesny. Zdaje mi się, że o ewolucji jego w sztuce nie mogło być nawet mowy, gdyż nie studiując oddawał olejnie, w rysunkach i akwarelkach wszystko to, co nosił w sobie, bezpośrednio. Były to niejako wizje malarskie, które nie przechodziły przez studium z modeli, nie szukał wierności linii, plam i światłocienia. Był to poeta naprawdę marionetkowy. […] Rzeczywistość nie dotykała wcale tych snów”[8]. A zatem: „chore dziecko”, „poeta niepogodzony z życiem” i „melancholik-egoista”, który nawet samego siebie – co nieczęste u artystów – nie traktował poważnie[9], i który nie umarł przedwcześnie, ale na dobre przeniósł się do świata śniących marionetek.

Istotniejsza wydaje się inna kwestia: co sprawiło, że gwiazda Wojtkiewicza rozbłysła ponownie po kilku dekadach? I co sprawia, że nie gaśnie i dziś?[10] Najprostsza odpowiedź brzmi: dotkliwa ironia. Najtrafniejszy jej wyraz dał sam artysta w liście do rodziców z 16 kwietnia 1904 roku, w którym opisywał trapiące go podówczas dolegliwości: „Najważniejsze, że humor mi został, a z tym kapitałem i po śmierci dam sobie radę”[11]. Owa ironia tak nas nęci bowiem my, mieszkańcy skrwawionych ziem, podskórnie czujemy, że jesteśmy „tylko kolorowymi przebierańcami nicości” i dostrzegamy, „że spod każdej, nawet pyzatej i rumianej twarzy prześwituje czaszka”…

Czy nie dajemy się jednak zbyt łatwo uwieść temu, chciałoby się powiedzieć „skrojonemu na miarę”, wizerunkowi? Czy aby na pewno ktoś o „naturze mazgajowatej” byłby gotów pisać zjadliwe felietony i bezlitośnie szydzić z „przybyszewszczyzny”? Jeśli rzeczywiście Wojtkiewiczowi bliski był estetyczny eskapizm, jak można wnosić z kolejnych komentarzy i interpretacji, to czemu podejmował w swoich rysunkach tematykę polityczną, jak w cyklu Rok 1905? Z jakich powodów dandys zdecydował się zająć tematyką społeczną? I wreszcie, skąd się wzięło u nihilisty tyle wątków religijnych? Czy wszystko to nie przeczyłoby obrazowi ironisty rozczarowanego światem i bezradnego wobec okrucieństwa belle époque?

O tych (i wielu innych) kwestiach rozmawiałem z dr Piotrem Kopszakiem, dyrektorem Muzeum Archidiecezji Warszawskiej.

Wszystkie artykuły w „Teologii Politycznej Co Tydzień” [528]: „Grupa Pięciu. Podobrazie rzeczywistości”

Przypisy:

[1] Wojtkiewicz wystawiał swoje prace w 1906 roku z pozostałymi członkami Grupy Pięciu w salonach sztuki Eudarda Schultego w Rzeszy. Więcej: I. Buchenfeld, V, VI, VII. Trzy wystawy Grupy Pięciu w Niemczech: Berlin – Düsseldorf – Kolonia, w: Taż, Grupa Pięciu (1905-1908). Zapomniani buntownicy Młodej Polski, katalog wystawy, 13 lutego – 05 lipca 2026, MNK, Kraków 2026, s. 79-84

[2] O tym, jak wielkie znaczenie miała wystawa w Galerie Druet może świadczyć to, że tekst Gide’a – w oryginale oraz niemieckim tłumaczeniu – ukazał się w formie broszury, którą wydała „Sztuka” (André Gide über Witold Wojtkiewicz, Polonischen Künstlervereinnes „Sztuka”, Wien 1909). Jak można przeczytać w Notacie pod tekstem przekładu: „Należy podkreślić, że owa tak wnikliwa i subtelna charakterystyka psychologiczno-estetyczna, która swoją zwięzłością przewyższa wartość wielu długich esejów, jednocześnie budzi wspomnienie pięknego gestu, gdyż powstała jako przedmowa do katalogu wystawy, którą André Gide, wielki mistrz słowa i znawca sztuki, zorganizował specjalnie dla naszego kolegi Wojtkiewicza w maju 1907 roku, zaprosiwszy go uprzednio do Paryża – rzecz w tej stolicy świata dla nieznanego, młodego malarza wręcz nieosiągalna. Tym bardziej nie czuliśmy się uprawnieni do zatajenia tegoż przykładu solidarności tak artystycznej, jak i ponadnarodowej, przed twórcami i miłośnikami sztuki skupionymi wokół idei ‎»‎Kunstschau« [‎»Internationalen‎ ‎Kunstschau«], wszak osobowość poety wyklucza wszelkie podejrzenie czy odium autoreklamy. Ponadto, z nadzwyczaj przygnębiającego powodu, iż nasz kolega Wojtkiewicz od dawna cierpi na ciężką chorobę serca – choć w ostatnim czasie zelżała nieco – tak że większość z jego obrazów, które wystawiono na »Kunstschau«, zrodziła się w jego duchu niczym perły w zranionej muszli” (s. nlb.). Biblioteka Narodowa błędnie podaje w rekordzie posiadanego egzemplarza (nr inw. 1.424.492 A), że broszurę wydano w 1907 roku, ponieważ prace Wojtkiewicza pokazywane były na Kunstschau 1909 (W. Wojtkiewicz, Aus dem Zirkus, Aus dem Maerchencyklus „Ceremonien”, Aus dem Maerchencyklus „Ceremonien”, Maerchen, Im Garten. Maerchen, Aus dem Maerchencyklus „Ceremonien”, w: Katalog der Internationalen‎ ‎Kunstschau Wien 1909, katalog wystawy, 22 kwietnia – 1 czerwca 1909, Buch- u. Kunstdruckanstalt Brüder Rosenbaum, Wien 1909, s. 19, 22, 23, 24, poz. kat. 15, 2, 12, 14, 17, 28). W tym samym roku wspomniane problemy z sercem spowodowały przedwczesną śmierć artysty 14 czerwca. Wskazuje na to także dedykacja z 21 maja 1909 roku, którą Ludwik Janikowski zamieścił w egzemplarzu ofiarowanym Bercie Zuckerkandl. Por. André Gide über Witold Wojtkiewicz, https://buch-schaden.at/produkt/andre-gide-2/ [dostęp: 8 maja 2026]. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że uprzednio przygotowany tekst ukazał się w druku na okoliczność wiedeńskiej wystawy.

[3] T. Boy-Żeleński, Witold Wojtkiewicz, w: Tenże, Ludzie żywi, Wydawnictwo J. Mortkowicza – Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie, Warszawa – Kraków 1929, s. 197.

[4] Tamże, s. 201.

[5] T. Boy-Żeleński, Witold Wojtkiewicz, s. 203.

[6] Tamże, s. 207-208.

[7] Tamże, s. 208.

[8] W. Hofman, W odpowiedzi, „Bal u Lal. Miesięcznik Marionetkowy” 1939, nr 5(7), s. 102.

[9] Wojtkiewicz ewidentnie nie dowierzał zapewnieniom, że jest człowiekiem utalentowanym. Nawet zainteresowanie ze strony artystycznej publiczności w „mieście świateł” nie było w stanie zmienić jego zapatrywań. Do rodziców pisał z Paryża 10 maja 1907 roku: „Mój protektor André Gide jest więcej jak dobrym człowiekiem. Powiedzieć: obcy człowiek, wybitny poeta, jeden z więcej cenionych literatów Francji uparł się wprost, żeby mnie narzucić Francuzom; gdzie może, rozgłasza pochlebstwa, włóczy się za zebraniem obrazów i bez cienia interesu dba (o mnie) jak Francuzi nie dbają o drugich z innego narodu. Do katalogu podobno (wystawa ma być otwarta 16 maja) napisał mi przedmowę, w której śmie pisać, iż miło mu jest pisać o Polaku tak utalentowanym, ojczyzna którego wydała niejednego syna głośnego imienia itd. (klituś bajduś, módl się za nami). […] Dziwne, czym więcej uznania człek zyskuje, tym mniej tego pragnie, obawiając się, iż poza tym pozornym szczęściem kryje się dużo zmartwienia i niedoli własnej, której nigdy niczym nie ukoi…” (J. Ficowski, Listy ocalałe i wskrzeszone, w: Tenże, Witold Wojtkiewicz, Galeria Browarna, Łowicz 1996, s. 115). Z kolei we wspomnianym liście do Pareńskiej można znaleźć przeczytać: „Jako cichy zwolennik szumnej reklamy i przesadnych wieści o sobie doczekałem się wreszcie w małym zakresie tu 3-dniowej sławy i drukowanych mile o sobie i dla siebie słów i słówek jak również słóweczek. Zareklamował‎ ‎mnie‎ ‎Andre‎ ‎Gide‎ ‎jako‎ ‎we‎ ‎zwyczaju‎ ‎we‎ ‎Francji:‎ ‎na‎ ‎»Polskę«‎ ‎krakowską‎ ‎zdaje‎ ‎mi się,‎ ‎iż‎ ‎zaszkodził‎ ‎mi‎ ‎srodze” (T. Boy-Żeleński, Witold Wojtkiewicz, s. 208). W tym braku wiary we własny talent można dostrzec oddziaływanie matczynej nadopiekuńczości, co jest o tyle paradoksalne, że mowa o osobie sprzyjającej artystycznej karierze syna. Więcej o relacji Witolda z matką, Anielą ze Święcickich Wojtkiewiczową, można przeczytać w rysie biograficznym artysty pióra Jerzego Ficowskiego. Por. J. Ficowski, Strzępy biografii, w: Tenże, Witold Wojtkiewicz, s. 9-81. Poeta, w innym miejscu, zauważał trafnie: „Wizjoner Zaczątku i Schyłku, wyznawca Niespełnienia, nie mógł zmieścić w swym świecie Pełni, czyli – Kobiety. Nie znalazł w nim miejsca także na kobietę-matkę (nie licząc zjadliwie satyrycznych motywów we wczesnych impresjach rysunkowych), istotę stojącą poza zasięgiem erotyki. W sierocińcu matek nie ma” (J. Ficowski, W sierocińcu świata, w: Tenże Witold Wojtkiewicz, s. 96). Idąc za myślą Ficowskiego, choć matka została wygnana ze świata sztuki, to jej obecność, przez negację, pozostaje odczuwalna. Ucieczka w świat baśni i rojeń byłaby zatem formą obrony przed nadmiarem obecności, a jednocześnie potęgowałaby lęk przed światem oraz niewiarę we własne możliwości. 

[10] Dobitnym przykładem niesłabnącego zainteresowania twórczością Wojtkiewicza może być frekwencja na zakończonej w styczniu tego roku wystawie Czarny karnawał. Ensor/Wojtkiewicz w Muzeum Narodowym w Warszawie, a także to, że jej katalog wyprzedał się już jakiś czas temu.

[11] J. Ficowski, Listy ocalałe i wskrzeszone, w: Tenże, Witold Wojtkiewicz, s. 105.


Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!

Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!

Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.