Przekleństwo 1709 roku

Przekleństwo 1709 roku

Bo nauczką, jaką Polacy wyciągnęli z dziejów od 1709 roku, jest to, że w określonym czasie i przestrzeni historia prędzej czy później orga­nizuje sesję egzaminacyjną i odpytuje z tego, co zostało przyswojone. I biada tym, którzy lekcji nie odrobili. Być może jest to polski fa­talizm, być może polska przesada, ale to jeden z podstawowych elementów myślenia Polaków o polityce i historii - przeczytaj esej o polskiej podmiotowości, autorstwa prof. Dariusza Gawina, który ukazał się w 5. numerze Teologii Politycznej "Złoty róg, czyli nieodzyskana podmiotowość"

Przekleństwo 1709 roku. Czy Polacy mogą wybić się na podmiotowość?

Czy nie za rzadko zastanawiamy się nad pol­skim usytuowaniem w czasie i przestrzeni? Nad tym specyficznym miejscem na mapie Europy, które jest tłem dyskusji na temat powstań, wo­jen, Solidarności i pytań o polską tożsamość.

Być może zachęty do takich rozważań na te­mat naszego poczucia trwałości polskiej pozycji w Europie winny dostarczać nam słowa na­szego hymnu narodowego. Przecież śpiewamy w nim, że „jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”, a później: „przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami”. W tych kilku słowach zawiera się kluczowa dla myśli repub­likańskiej polityczna koncepcja narodu. Polaka­mi jesteśmy o tyle, o ile mamy państwo, które chroni interesy wspólnoty politycznej, wspól­noty, w ramach której możemy funkcjonować jako Polacy. Te słowa powstawały na granicy epok, między I Rzeczpospolitą a XIX wiekiem z jego - z jednej strony - romantycznym rozu­mieniem narodu jako wspólnoty kultury, która może istnieć także bez państwa, a z drugiej - nowoczesnym nacjonalizmem, który widział w narodzie wspólnotę przede wszystkim o cha­rakterze etnicznym.

W refleksji nad polską tożsamością istnieje zatem od ponad dwustu lat milcząco przyjmowane założenie, iż trwałym elementem na­szej sytuacji, naszego losu jest pewien zespół okoliczności historycznych, geopolitycznych i kulturowych, który można określić mianem „prześwitu ontologicznego”. Chodzi o to, że Polska jest, ale może jej nie być, że może ona „zginąć”, przestać istnieć. Na pozór wydaje się to przesadą i często taki rodzaj dyspozycji men­talnej, charakterystyczny dla Polaków, kładzie się na karb naszej skłonności do egzaltacji. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej historii naro­du w okresie, który rozpoczął się rzezią Pragi, a który sto pięćdziesiąt lat później znalazł swoją kulminację w Katyniu i Powstaniu War­szawskim, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że właśnie taki był motyw przewodni przeważa­jącej części dziejów Polski w wieku XIX i XX. Czym bowiem było Powstanie Warszawskie, jeśli nie najbardziej dramatycznym potwier­dzeniem wagi problemu istnienia i nieistnienia w polskiej historii?

Powstanie Warszawskie przychodzi na myśl w tym kontekście, bo to nie było tylko kolejne przegrane wystąpienie zbrojne Polaków. Jako jedyna zbiorowość spośród wszystkich europej­skich narodów zbliżyliśmy się wówczas do gra­nicy, którą w czasie ostatniej wojny przekroczy­li tylko Żydzi. Warszawa to przypadek miasta starożytnego, które - jak Melos czy Kartagina - zostało unicestwione w wymiarze politycz­nym, ludzkim i fizycznym. Osobisty rozkaz Hit­lera o zburzeniu Warszawy pozostaje bez analo­gii w najnowszej historii i odsyła nas do zdarzeń z historii starożytnej. W tym sensie powstańcza Warszawa to wspólnota polityczna - wspólnota obywatelska, posiadająca również organicznie związany z wymiarem obywatelskim wymiar militarny i polityczny. W Warszawie oprócz Armii Krajowej ujawniły się bowiem również cywilne władze Państwa Podziemnego, wsparte spontanicznie przez setki tysięcy mieszkań­ców stolicy. W granicach zakreślonych przez powstańcze barykady istniało de facto - choć w czasach PRL nie wolno nam było tak o tym myśleć - wolne państwo polskie, wolna III Rzeczpospolita, bo tak przecież właśnie nazy­walibyśmy twór, który objawił się 1 sierpnia w stolicy, gdyby historia potoczyła się inaczej.

Od czasów antycznych filozofowie polityki wie­dzieli też, że spektrum ludzkiego świata zawiera się pomiędzy dwiema skrajnościami - wolnością a tyranią. Zbrodnia Warszawy polegała na tym, że - jak mówił w transmitowanym ze stolicy przemówieniu radiowym delegat rządu na kraj, Jan Stanisław Jankowski-Soból - „chcieliśmy być wolni i wolność sobie samym zawdzięczać”. Ze­tknięcie idei wolności z dwoma totalitaryzmami musiało doprowadzić do eksplozji, w której Warszawa nie tyle przegrała Powstanie, ile po prostu przestała istnieć. Los Warszawy w 1944 roku nie tłumaczy się tylko naszym położeniem geopolitycznym. Nie chodzi tutaj wyłącznie o usytuowanie kraju między Niemcami i Rosją, choć naturalnie ten aspekt naszej sytuacji cały czas jest istotny (niezależnie od poprawności po­litycznej, wywierającej nacisk na naszą debatę publiczną, zawsze należy podkreślać ten prosty fakt, że Polska leży między Rosją i Niemcami, a nasze relacje z bezpośrednimi sąsiadami na wschodzie - takimi jak na przykład Ukraina - są funkcją tej prostej konstatacji). Chodzi prze­de wszystkim o to, że Polska od dwóch-trzech stuleci leży na przecięciu potężnych wektorów działających w skali powszechnodziejowej. W tej perspektywie „Niemcy” i „Rosja” to nie tylko nazwy dwóch mocarstw, które wpłynę­ły na kształt geopolitycznego porządku świata w XX wieku. Są to pewne skrótowe nazwy na określenie dwóch wielkich kultur europej­skich, w których zrodziły się dwa najstrasz­liwsze totalitaryzmy w najnowszej historii. Pierwsza wojna światowa, rewolucja bolszewi­cka jako konsekwencja załamania caratu, naro­dziny nazizmu jako niemiecka odpowiedź na klęskę, totalitarna inżynieria Stalina i Hitlera, ludobójstwo jako instrument uprawiania poli­tyki, wybuch II wojny światowej, która szyb­ko przekształciła się wojnę totalną, Holocaust, Katyń i Auschwitz. Warszawa to pierwsza ofia­ra Hitlera, miasto bombardowane już w 1939 roku na skalę przekraczającą wielokrotnie dra­mat hiszpańskiej Guerniki, miasto przez kilka tygodni broniące się przed najeźdźcą, potem miasto ulicznych egzekucji, tortur na Szucha, miasto największego getta okupowanej Europy i Umschlagplatzu. I wreszcie miasto powsta­nia 1944 roku, gdzie przez pięć powstańczych dni na Woli eksterminowano 50 tysięcy ludzi. Mówimy nieprecyzyjnie „rzeź Woli”, tak jak „rzeź Humania”. To nie była „rzeź” Woli - to była zagłada Woli. To był największy pojedyn­czy akt eksterminacji, ludobójstwa, dokonany w czasie II wojny światowej przez Niemców na ludności innej niż żydowska. Potem znowu lata powojen­ne, opór, kolejne „polskie miesiące” lat 1956, 1968, 1976, 1980, wielki ruch Solidarności i Jan Paweł II, w końcu wreszcie upadek komunizmu w 1989 roku i narodziny wolnej Polski.

Kiedy zatem przywołujemy poszczególne epizody hi­storycznego dramatu, który rozgrywał się tutaj w ciągu ostatnich ponad dwustu lat, nie chodzi nam o kolejny lament nad pasmem niesz­część, tragedii i krzywd, które dotknęły ludzi ży­jących gdzieś na przecięciu dziejowych wektorów kreślonych w Petersburgu, Berlinie czy Moskwie. Chodzi o trzeźwe uchwycenie skali tych wyda­rzeń, o prostą konstatację faktu, że ten dziejowy dramat narastał i rozgrywał się właśnie tutaj, w tej części Europy, na której rozpościerała się nie­gdyś nasza I Rzeczpospolita. Bo narastał on prze­cież od wieku XVIII, a kulminację znalazł właśnie w wieku XX, w epoce Katynia i Auschwitz.

„Gdzie zaszeregować Polaków?"

Jeśli pod takim kątem spojrzeć na naszą kul­turę narodową ostatnich dwustukilkudzie­sięciu lat, można dostrzec, że Polacy chcieli dać wyraz doświadczeniu wzbierającej fali radykalnego zła, którą dostrzegali w sposobie, w jaki Berlin i Petersburg, wspierane przez Wie­deń, prowadziły politykę w tej części Europy. Ten ton daje się odczuć zarówno w literaturze konfederacji barskiej, jak i u Mickiewicza, Kra­sińskiego, Sienkiewicza czy Żeromskiego - aż po Borowskiego, Miłosza i Herlinga-Grudzińskiego. Przyzwyczajeni jesteśmy do patrzenia na ten wątek jako na pasmo cierpień i heroizmu; sposo­bów dystansowania się od niego, autoironii nauczyli­śmy się z kolei od Gombro­wicza, Mrożka czy Wajdy. Zapominamy jednak o tym, że ten łańcuch wydarzeń posiadał także istotny wy­miar uniwersalny, że ściera­ły się ze sobą siły, wartości i postawy ważne nie tylko w naszym lokalnym wy­miarze, ale - jak pokazał wiek XX - także w wymia­rze powszechnym. I zapominamy również często, że byliśmy nie tylko ofiarami tych wydarzeń, lecz także ich pełnoprawnymi uczestnikami.

W sierpniu 1944 roku w Paryżu Andrzej Bobkowski z bezsilną rozpaczą komentował w swoich "Szkicach piórkiem" wiadomości nad­chodzące z Warszawy - w tym samym czasie, gdy stolica Francji czekała na zbliżające się czołgi amerykańskie, polska stolica znalazła się w śmiertelnym uścisku między Hitlerem i Stalinem. Bobkowski tak streszczał sens tej dziejowej pułapki: „Rosja, jak zawsze, nie chce tej Polski i takiej Polski, jaką ona sama chcia­łaby być. Niemcy i Rosjanie unicestwiają TO SAMO, są zgodni w unicestwieniu TEGO SA­MEGO. Niemcy na pożegnanie, Rosjanie na po­witanie”[1][2] (podkr. oryg. - D.G.). W tym jednym zdaniu kumuluje się cały sens nigdy do końca nie wyartykułowanego problemu - jest oczy­wiste dla nas, że Bobkowski używa do oddania swoich emocji wielkich liter, a przecież jedno­cześnie nie pisze wprost, na czym owo stale powracające „to samo” polega i w obliczu czego Polacy są zawsze koniec końców osamotnieni. „To samo” - czyli stale powtarzająca się sytua­cja graniczna, w której z całą mocą jak w złym śnie widać, że los Polski znajduje się w jakimś punkcie, gdzie możliwe jest tylko „albo-albo”, nie zwycięstwo lub klęska, lecz istnienie lub nieistnienie, w punkcie, gdzie widać, jak polski los migocze i chwieje się pod wpływem dyna­micznego ruchu dziejów.

Może ktoś powiedzieć, że sytuacja „prześwitu ontologicznego” jest typowa dla małych naro­dów, szczególnie tych żyjących w naszej części Europy. Głosy takie często słychać w różnych dyskusjach. Za każdym razem, gdy mowa o obronie naszych interesów, za wzór realizmu stawia się nam Czechów, pisze się o zapobie­gliwości Bałtów czy o słowackiej roztropności, za sprawą której Słowacja wprowadziła euro wcześniej od nas. Małych narodów nie stać na gesty, powstania i bohaterszczyznę, nie stać na obronę „pierwiastka”, prawdziwe bezpieczeń­stwo energetyczne czy silną armię. Małe naro­dy muszą być rozsądne, muszą ćwiczyć trudną sztukę mimikry, aby omijał je wzrok drapieżników historii. Przymuszone zaś do kapitulacji, zawsze potrafią obronić „substancję”, nazywa­jąc to koniecznym kompromisem, lub też sła­wić zalety posiadania ciepłej wody w kranie, mówiąc o roztropnym liberalizmie.

Problem w tym, że Polacy nie są małym naro­dem. Nie chodzi tutaj o skalę naszych ambicji czy potrzeb, ale o fakty. Polskie przekleństwo polega na tym, że Polacy znajdują się gdzieś po­środku, między narodami wielkimi a małymi. I nigdy nie będą tacy jak Czesi, Belgowie czy Litwini. Przywołajmy politycznie niepoprawne dzisiaj pojęcie z dyskursu dziewiętnastowiecz­nej historiografii - pojęcie narodu historycz­nego. Polacy byli i pozostają takim właśnie narodem, narodem, który przez setki lat miał własne państwo, własną kulturę wysoką, two­rzoną już od XVI wieku w języku narodowym, własne instytucje świeckie i kościelne, własne życie obywatelskie. To właśnie odróżnia nas nie tylko od Słowaków czy Rumunów, lecz także od Czechów czy Litwinów. Jedne z tych narodów przed XX wiekiem nigdy nie miały własnego państwa - jak Słowacy czy Łotysze, inne wprawdzie posiadały swe państwa, lecz utraciły je wraz z narodowymi elitami na setki lat przed narodowym odrodzeniem - jak Cze­si czy Litwini. Sięgnijmy do obcego autora, bo trudno go przecież posądzić o stronniczość. Mi­roslav Hroch, wybitny czeski historyk, w pracy "Małe narody Europy" przedstawia rzetelną i pogłębioną typologię „małych narodów”, ta­kich jak Baskowie, Białorusini, Bretończycy, Bułgarzy, Chorwaci, Czesi, Estończycy, Finowie, Flamandowie, Galicjanie, Grecy, Irland­czycy, Katalończycy, Litwini, Łotysze, Ma­cedończycy, Norwedzy, Serbowie, Serbowie Łużyccy, Słowacy, Ukraińcy, Węgrzy i Walijczy­cy. Na końcu rozdziału omawiającego podsta­wowe założenia pracy umieszcza podrozdział Ponad poziomem małego narodu albo: gdzie zaszeregować Polaków?. Zwraca się przy tym do polskiego czytelnika, który - jak się domy­śla - zadaje sobie pytanie, dlaczego w tym to­warzystwie zabrakło Polaków, których walka z uciskiem narodowym w XIX wieku stanowiła wzorcowy przykład ruchu narodowego. Hroch udziela prostej odpowiedzi - przypadek polski nie pasuje do zbudowanej przez niego typolo­gii małych narodów, ponieważ Polacy byli na­rodem państwowym, posiadali własną kulturę wysoką w języku narodowym oraz uformowa­ną elitę polityczną i narodową. Chociaż zatem, z powodu utraty państwa i konieczności walki o nie, znaleźli się w podobnej sytuacji, co wy­mienione wcześniej małe europejskie narody, to jednak ich położenie, jak zauważa Hroch, przypomina raczej położenie takich dużych narodów jak Włosi czy Niemcy. Zarówno Niemców, jak i Włochów dotyczył ten problem, że choć po­siadali wysoką kulturę tworzoną w narodowym języku oraz wykształcone klasy wyższe, nigdy nie żyli w jednym państwie, dlatego też podsta­wowym celem działań każdego z tych dwóch narodów w wieku XIX było polityczne zjedno­czenie. Oba też - z powodu innych okoliczno­ści politycznych (silne Prusy oraz walka tylko z jednym wrogim mocarstwem, czyli Austrią, w przypadku Włoch) - swój cel, cel zjednocze­nia, osiągnęły wcześniej niż Polska. Uwaga Hrocha jest o tyle słuszna, że Polacy mieli własne państwo nieprzerwanie od czasów Mieszka I do trzeciego rozbioru (zaś własną armię regularną nawet trochę dłużej, bo od Mieszka do upad­ku powstania listopadowego), a choć je utracili, i tak przetrwała wspólnota polityczna Polaków - poczucie wspólnej tożsamości kulturowej, wspólnych interesów politycznych, świadomość solidarnego działania w nowych warunkach.

A jednak tylko nam przydarzyło się nieszczęście rozbiorów. Jako jedyny naród historyczny stra­ciliśmy państwo - nawet Hiszpania czy Turcja, inne zdetronizowane mocarstwa nowożytne, które nie odnalazły się w nowej rzeczywistości europejskiej Realpolitik wieku Oświecenia, nie przypłaciły okresu politycznego upadku utratą formalnej niepodległości (inna to kwestia, czy Hiszpania poradziłaby sobie lepiej od Polski, gdyby zamiast Atlantyku i Morza Śródziem­nego miała za sąsiadów Prusy i Rosję). Pomi­jam tutaj kwestię dyskusji na temat przyczyn tego wydarzenia. Nie chodzi mi także o to, że rozbiory były krzywdą, niesprawiedliwością wołającą o pomstę do nieba - były, ale cóż to znaczy w logice wielkiej polityki. W przypadku rozbiorów chodzi raczej o trzeźwą ocenę tego wydarzenia jako pozostającego bez precedensu w nowożytnej historii Europy. Otóż to - bez precedensu. Od zawsze bowiem zdarzały się w Europie podboje i aneksje, granice zmie­niano też przez szczęśliwe koligacje rodzinne - w tej kategorii nikt nie mógł równać się z do­mem Habsburgów. Jednak tym razem nie dzie­lono między siebie „ludności” znajdującej się we władaniu jakiejś historycznej rodziny książęcej, którą spotkała polityczna plajta, lecz dosłownie, bo taka przecież była litera konwencji rozbioro­wych po 1795 roku, unicestwiano polityczny naród. To nie była krzywda - to był skandal, to była drastyczna nieciągłość, której cofnięcie musiało stać się jednym z najważniejszych mo­tywów polityki europejskiej na przyszłość. I tak trzeba postrzegać rozbiory: jako złowrogą zapo­wiedź nadciągającej przyszłości. Tak właśnie sprawę rozbiorów widziały niektóre najwybit­niejsze umysły dziewiętnastowiecznej Europy. Przytoczmy choćby opinię Lorda Actona: „Aż dotąd żaden naród nie został pozbawiony bytu politycznego przez mocarstwa chrześcijańskie, a przy całym lekceważeniu uczuć i interesów narodowych starano się jednak maskować niesprawiedliwość fałszywą przykrywką jakichś prawnych chwytów. Ale rozbiór Polski był ak­tem bezwstydnej przemocy popełnionym nie tylko wbrew powszechnym odczuciom, ale wbrew prawu powszechnemu. Pierwszy to raz historia nowożytna ujrzała obalenie wielkiego państwa i podział żyjącego w jego granicach narodu między jego wrogów”[3].

„Chory człowiek" kontynentu

Mocarstwa dokonujące rozbiorów posługiwały się argumentem „równowagi”, balansowania interesów[4]. Tkwił w tym zarodek postrzegania każdorazowo odrodzonej Polski jako elementu „nierównowagi”, elementu dysfunkcjonalne­go. Przyzwyczajeni jesteśmy do opisywania rozbiorów jako procesu „wymazywania Polski z mapy Europy”. Nie o metafory jednak chodzi ani o alegoryczne obrazy, jak choćby ten ze sztychu Kołacz królewski Nicolasa Noela Le Mire’a, przedstawiającego alegorię pierwszego rozbioru, na którym załamany król Stanisław August łapie się za głowę (tyle tylko może zro­bić król Polaków - zdobyć się na teatralny gest), a Fryderyk II, caryca Katarzyna i cesarz Józef II wskazują te kawałki z polskiego „tortu”, któ­re biorą dla siebie; sztychu znanego każdemu polskiemu dziecku, bo od pokoleń reprodukuje się go w podręcznikach historii. Podkreślmy to raz jeszcze - w 1795 roku Berlin, Petersburg i Wiedeń wyobrażały sobie, że Polaków i Polski już więcej nie będzie. Po prostu. Nieodwołal­nie i na zawsze. Kolejne dwieście lat to upor­czywa walka z tym skandalicznym błędem w ocenie realnej zdolności Polski do istnienia. Bo spośród narodów historycznych tylko Pola­kom zdarzyło się w czasach nowożytnych to, że stracili państwo i byt niepodległy, a w pewnych momentach swojej historii mogli nawet prze­stać istnieć fizycznie - a jednak Polska nie tylko przetrwała, lecz odradzała się ciągle na nowo. To nie jest dowód na wzruszające umiłowanie ojczyzny. To dowód na to, że ci, którzy sądzili, że lepiej byłoby dla nich, aby Polski nie było, mylili się w sposób skandaliczny; że byli ślepi na fakty i głusi na argumenty i choć zawsze potra­fili swoją wolę uzasadnić w jakiś sposób, który w danym momencie historii uznawano za bardzo racjonalny, filozoficzny czy naukowy (ćwi­czenie intelektualne, które brali na warsztat tak różni autorzy jak Wolter, Dostojewski czy Róża Luksemburg), to koniec końców okazywali się pogrążeni w odmętach tępego irracjonalizmu pozostającego na usługach jakiejś tyranii.

Jesteśmy zatem zawieszeni pomiędzy pierwszą a drugą ligą europejską - i to jest trwała sytu­acja, a zarazem trwały nasz kłopot. Wynika to z faktu, że nie istnieliśmy jako państwo przez cały XIX wiek, kiedy w Europie ustalały się hierarchie w każdej dziedzinie - politycznej, militarnej, kulturowej. Pierwsze dwa wymia­ry historycznej rzeczywistości są oczywiste. Zastanówmy się nad wymiarem trzecim, bio­rąc pod uwagę kwestię nauki i jej zaplecza. Przez cały wiek XIX powstawały pewne kano­ny pisania o historii Europy, w których rozda­wano trwałe role - jedne narody były swoistą awangardą historii, inne ponosiły zasłużone (w oczach zwycięzców) porażki. Budowano po­jęcia badawcze, stawiano hipotezy, tworzono szkoły historyczne i socjologiczne, powstawały i rozwijały się tradycje intelektualne. W całym tym ogromnym procesie byliśmy obecni w nie­wielkim stopniu. Jeśli w ogóle jakaś wiedza na temat Europy Środkowej zdobywała sobie trwałe miejsce w świadomości wykształconych Europejczyków, to była to wiedza kształtowana za pośrednictwem niemieckich, austriackich czy rosyjskich uczonych. To oni mieli katedry, uniwersytety, instytucje, które mogły być insty­tucjonalnymi partnerami dla uczonych ze świa­ta. W pokoleniu romantyków jeszcze można było liczyć na wpływ błyskotliwych jednostek - wystarczy przypomnieć prelekcje paryskie Mickiewicza. W drugiej połowie XIX wieku sytuacja stała się już jednak dramatyczna - po wojnie francusko-pruskiej 1870 roku zmieniło się nastawienie opinii publicznej na Zachodzie do sprawy polskiej. Stało się tak przede wszyst­kim we Francji, która w Rosji widziała główne­go potencjalnego sojusznika w nieuchronnym przyszłym starciu ze zjednoczonymi przez Bismarcka Niemcami. Dopiero II Rzeczpospo­lita zaczęła odrabiać straty pod tym względem, lecz - niestety - jej praca została przerwana - przez kolejny nawrót „tego samego”, o któ­rym pisał Bobkowski. Okres PRL z przyczyn oczywistych także nie poprawił sytuacji w tym zakresie. Weźmy pierwszy z brzegu przykład - przez dziesięciolecia mylono Powstanie War­szawskie z powstaniem w getcie warszawskim, ponieważ państwo polskie, zamiast łożyć środ­ki na rozwój historiografii, która mogłaby prze­kazywać wiedzę o walce stolicy w 1944 roku na cały świat, prześladowało policyjnymi meto­dami pamięć o tych wydarzeniach.

Po 1989 roku wysiłki w tej sferze idą opor­nie - albo jesteśmy spychani do rzędu krajów o wiele mniejszych, albo podejmujemy grę, żeby dostać się do klubu tych paru państw, które współtworzą kierunek Europy. A wielcy unijnej wspólnoty są do Polski w roli jednego z liderów Europy po prostu nieprzyzwycza­jeni. Polska dostała czas - nie wiadomo, jak długi - na przekonanie wielkich europejskich graczy, że mamy prawo aspirować do roli waż­nego, silnego kraju w tej części Europy. Ponie­waż jednak przez ostatnie stulecia Polska jako podmiot polityczny decydujący sam o sobie, samodzielnie określający swoje interesy i samo­dzielnie też ich broniący istniała w sumie tylko czterdzieści lat, zachodnie wielkie narody mają naturalną - i przyznajmy, z historycznej per­spektywy całkiem zrozumiałą - skłonność do traktowania Polski jako elementu dysfunkcjo­nalnego, niepasującego do porządku europej­skiego, jeśli sam chce negocjować zasady swo­jego w nim udziału. Tak było już od końca XVII wieku, gdy ustalał się nowy ład Europy, z które­go wypadały takie dawne potęgi jak Hiszpania, Turcja, Holandia czy Polska właśnie, a na scenę wchodziły Prusy i Rosja. Polska wtedy - na dłu­go przed rozbiorami - stała się, niczym Turcja, „chorym człowiekiem” kontynentu, który „stał nierządem”, był synonimem anachronicznego ustroju i byle jakiej cywilizacji. Z pewnością wad było wiele, ale też wiele musieli się napra­cować różni sprzedajni a błyskotliwi filozofowie wieku świateł w rodzaju Woltera, żeby stwo­rzyć taki klimat intelektualny, w którym poli­tyczna zbrodnia rozbiorów wydawała się tylko beznamiętną egzekucją wyroku wydanego już wcześniej przez historię.

Tak samo było po I wojnie światowej, gdy do­brze znany od kilku pokoleń koncert europejskich mocarstw rozpadł się na kakofoniczny jazgot nowej Europy zbudowanej w oparciu o Wilsonowską zasadę samostanowienia naro­dów. W gronie sezonowych państw umieszcza­no także i to nad Wisłą, którego granice uznano za przesadnie rozciągnięte z krzywdą dla Niem­ców, Ukraińców, Litwinów i Białorusinów (tak jakby Polska mogła być wówczas Polską tylko w Warszawie, Krakowie i Radomiu). Ci nie­znośni Polacy, którzy sami tyle opowiadali o swoich krzywdach, a którzy przecież tak bardzo krzywdzili wszystkie mniejszości do­okoła... - ileż razy ten ton słychać było przed wojną. Tak, Europa funkcjonowałaby niczym dobrze naoliwiony mechanizm, gdyby nie kil­ka źle działających elementów - zdawano się sugerować.

Tak samo jest i teraz, po 1989 roku, gdy do do­brze znanego projektu europejskiego dołączyły państwa zza żelaznej kurtyny, w tym naczel­ny trouble maker tego grona - Polska, która w kółko czegoś chce, okazuje niewdzięczność i  wszystkich szantażuje swoją „historyczną wrażliwością” wynikającą z dawnych krzywd. Wrażliwi, ba! - nawet przewrażliwieni jeste­śmy na pewno, jednak nie ma to nic do rzeczy, gdy trzeźwo ocenimy rozmiary naszego kraju, liczbę ludności, wielkość rynku wewnętrzne­go, skalę gospodarki. Jeśli tak spojrzeć na całą sprawę, widać, że Polska nie ma „wrażliwości” - Polska ma przede wszystkim interesy wyni­kające z jej skali oraz usytuowania. Interesy, które powinny być brane pod uwagę przez inne duże kraje europejskie, decydujące o polityce wewnątrz Unii. Bo właśnie o politykę tu prze­de wszystkim chodzi, o to, w jakim kierunku będzie ewoluował projekt europejski, jak będą płynąć w jego granicach strumienie zobowią­zań i korzyści, jak będą budowane wspólne bezpieczeństwo i wspólny rozwój. Trzeba przy tym pamiętać, że uprawianie polityki to zajęcie zarezerwowane w ramach Unii dla najsilniej­szych graczy, owych kilku państw tworzących nieformalny klub liderów Unii, swoisty - jak czasem określa się to grono - „dyrektoriat”. To oni przewodzą europejskiemu projektowi, inni - mniejsi i słabsi - raczej podążają w kie­runku przez nich wytyczonym. W tym sensie polityka w Europie zarezerwowana jest dla najsilniejszych; reszcie pozostaje zarządzanie, dopasowywanie się do realiów, zażarta kon­kurencja, aby odnieść jak najwięcej korzyści. Prawda, te reguły są o niebo lepsze od tych, jakie funkcjonowały w wieku XVIII, XIX czy przez większość wieku XX. Silniejsi nie grożą słabszym ani najazdem, ani okupacją czy tery­torialnymi podbojami. Czy znaczy to jednak, że polityka przestała już być obszarem rywa­lizacji, sporu, a nawet konfliktu? Powtórzmy: nie ma nic nienaturalnego w fakcie, że Polskę traktuje się jako element dysfunkcjonalny tej sytuacji - przemawiają za tym ostatnie dwa stu­lecia, w trakcie których istnienie podmiotowej Polski było raczej wyjątkiem niż regułą. Chodzi jednak o to, aby ten stan zmienić, aby nasi za­chodni partnerzy przyzwyczaili się do myśli, że Polska powróciła i że ten fakt wymaga nie tyle naszego dopasowania do nich, ile dopasowania wzajemnego i wzajemnego wysiłku.

Niestety, wielu ludzi w Polsce nie jest przyzwy­czajonych myśleć o naszym kraju w taki sposób. Znaczna część opiniotwórczych elit wyobraża sobie Polskę jako powiększone nieco Królestwo Kongresowe, kraj wielkości mniej więcej Czech lub Węgier, dla którego już samo zaproszenie do europejskiego klubu jest historyczną szansą. Ciągle można bowiem spotkać u nas nie tylko publicystów, lecz także polityków, którzy każ­dą pomoc i każde dobrowolne ustępstwo Berli­na czy Paryża (dobrowolne - czyli niebędące wynikiem negocjacji) przyjmują ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem jako dowód łaskawości i pamięci. Tak jakby rozszerzenie Unii nie było dobrym interesem dla obu stron. Polska może - to prawda - zdefiniować samą siebie jako kraj mały, pozbawiony aspiracji do uczestnictwa w europejskim „dyrektoriacie”, może „podą­żać”, a nie „przewodzić” w ramach europejskiej rodziny narodów. Co więcej - może zostać za taki wybór również wynagrodzona. Wielkość projektu europejskiego polega na tym, że tak­że „podążanie” za silniejszymi jest opłacalne. Chodzi jednak o skalę korzyści. Lepiej bowiem stanąć do rywalizacji o setki miliardów niż o dziesiątki, lepiej być „producentem” niż „od­biorcą” europejskiego projektu. Poza tym pozo­staje jeszcze przedziwny polski niepokój, który każe pytać o bezpieczeństwo, o polskie usytuo­wanie w czasie i przestrzeni, za sprawą którego co jakiś czas wydarzają się tutaj rzeczy przekre­ślające wszelkie rachuby i racjonalne plany.

Przełomowy rok 1709

Powróćmy do problemu usytuowania Polski w czasie i przestrzeni. „Prześwit ontologiczny”, o którym wcześniej była mowa, nie sprowadza się w przypadku Polski do problemu istnienia czy posiadania własnego państwa, jak w przy­padku małych narodów. Dochodzi tutaj czyn­nik dodatkowy, niewystępujący w przypadku Słowaków czy Łotyszy. Chodzi mianowicie o wyzwanie podmiotowości. Dla małego naro­du istnienie jest już sukcesem historycznym; dla dużego, jak w przypadku Polaków, to do­piero pierwszy krok. Czesi czy Litwini mogli stracić język i własną kulturę w zasadzie nie­postrzeżenie, dla nich odrodzenie narodowe przyszło niemalże w ostatniej chwili; w na­szym przypadku brak państwa nie był śmier­telnym zagrożeniem dla języka i kultury, lecz przeszkodą w ich nieskrępowanym rozwoju - przecież Polaków trzeba by po prostu wszyst­kich pozabijać, żeby w Wigilię nie śpiewali ko­lęd (choć trzeba pamiętać, że zdarza nam się ocierać o próg zagłady - jak choćby podczas pierwszych dni Powstania Warszawskiego, gdy Niemcy zorganizowali ludobójstwo na Woli)! Każdy z trzech zaborców dostał tylko frag­ment całości, a i tak nawet te wielkie imperia nie były w stanie strawić swej zdobyczy przez ponad sto lat. Co prawda, jak powiedzieliśmy, w czasie ostatniej wojny Polacy otarli się o próg zagłady, ale przecież go nie przekroczyli. Owo ontologiczne migotanie istnienia i nieistnie­nia w przypadku Polski dotyczy zatem przede wszystkim polskiej polityczności, tego, że Pol­ska może być podmiotem, lecz częściej bywa przedmiotem w szerszej skali europejskiej historii. Usytuowanie naszego kraju w czasie i przestrzeni jest zaś takie, że przecinają się tu­taj nie tylko interesy mocarstw, lecz także - jak to nazwaliśmy - trudno uchwytne, lecz stale wyczuwalne wektory potężnych sił kształtu­jących dramat dziejowy ostatnich stuleci. Aby radzić sobie w takim położeniu, nie wystarczy własne państwo, własna niepodległość - trzeba czegoś więcej: trzeba właśnie podmiotowości. Rozwińmy to pojęcie.

W polskim myśleniu o państwie i nowoczesno­ści na ogół posługujemy się cezurą rozbiorów. Jest to perspektywa zbyt wąska. Nie pozwala ona dostrzec tego, że karta dziejowa, którą obecne pokolenie Polaków odwraca, nie zaczęła się w czasie rozbiorów, lecz w czasie wojny pół­nocnej. I momentem historycznym, do którego powinniśmy się odwoływać jako do groźnego memento, nie jest rok 1795, lecz 1709. Chodzi tutaj o bitwę pod Połtawą, po wygraniu której Rosja trwale zdominowała Polskę i cały region Europy Środkowo-Wschodniej. To dlatego Połtawa stanowi symboliczną cezurę w historii ostatnich trzystu lat. Doskonale rozumieją to Rosjanie. W zeszłym roku Władimir Putin sugerował ponoć Ukraińcom zorganizowanie wspólnych obchodów. Połtawa leży bowiem na terenie dzisiejszej Ukrainy, jednak Juszczenko woli, na szczęście, obchody bitwy pod Konotopem z 1659 roku - starcia, w którym hetman kozacki Iwan Wyhowski, wspomagany przez wojska polskie i tatarskie, rozgromił armię ro­syjską dowodzoną przez księcia Trubeckiego. Rosjanie już uczynili świętem narodowym rocznicę wygnania Polaków z Kremla w 1612 roku; jak widać, nie zapomnieli zwycięstwa odniesionego przez Piotra Wielkiego nad Karolem XII. W tej rocznicy nie chodzi jednak o Szwedów, choć to oni przegrali w 1709 roku. Stawką w tej grze jest to, kto ułoży politycznie i cywilizacyjnie cały ten wielki obszar Europy, który rozpościera się między Polską a Rosją.

W naszych rozważaniach rok 1709 jest istotny dlatego, że symbolizuje moment utraty przez Polskę realnej podmiotowości politycznej. Używając tradycyjnego języka polityczności, można sens tego wydarzenia określić w ten sposób, iż Polska w wyniku wojny północnej utraciła tradycyjnie rozumianą suwerenność. Po wojnie północnej mieliśmy wprawdzie pań­stwo formalnie niepodległe, nie mieliśmy jed­nak suwerenności, nie byliśmy już podmiotem politycznym, staliśmy się przedmiotem w grze prowadzonej przez obcych. Próby odzyskania tej podmiotowości - dzieło pokolenia Sejmu Wielkiego i Konstytucji 3 maja - zakończyły się niepowodzeniem, czego konsekwencją był ostatni rozbiór z 1795 roku i utrata formalnej niepodległości. Warto zatem zapamiętać tę sekwencję: Polacy najpierw utracili podmiotowość, a potem dopiero niepodległość. Dopiero gdy w taki sposób spojrzymy na dynamikę wyda­rzeń XVIII wieku, we właściwym kontekście ukazuje nam się pytanie o naszą podmiotowość dzisiaj: w 1989 roku odzyskaliśmy bowiem niepodległość, ale czy wraz z niepodległością odzyskaliśmy podmiotowość?

Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, musimy poświęcić nieco uwagi wydarzeniom sprzed trzystu lat. Sama bitwa pod Połtawą i wojna północna to okres historyczny, który nie zadomowił się jakoś szczególnie w polskiej pamięci. Jeśli chodzi o wiek XVIII, dużo bar­dziej wyraziście rysuje się nam przed oczami epoka stanisławowska wraz ze swoim drama­tycznym finałem w postaci konstytucji 1791 roku, Targowicy, wojny w jej obronie, powsta­nia kościuszkowskiego i w końcu ostatniego rozbioru. Pierwszą połowę stulecia skrywa zaś mgła banału o „czasach saskich”. To jednak tam właśnie tkwią korzenie narodowej klę­ski. Wyliczmy symboliczne daty z końca XVII i początku XVIII wieku, w których streszcza się zapowiedź ponurej przyszłości. Rok 1696 - śmierć Sobieskiego, po której następuje długie, pełne chaosu i intryg bezkrólewie, zakończone wyniesieniem na tron Augusta II Mocnego w 1797 roku. Jego kontrkandydat, Francuz - książę Conti, dostał wprawdzie więcej gło­sów, ale Sas uzyskał poparcie Piotra Wielkiego. Z carem Rosji zaczął też paktować przeciwko Szwecji, snując plany zdobycia dla Wettinów -  jako dziedzicznego lenna - Inflant. Do antyszwedzkiej koalicji weszły także Dania, Sak­sonia i Rosja. Rzeczpospolita formalnie miała pozostać neutralna. To założenie rychło legło jednak w gruzach, gdy młody Karol XII okazał się - ku zaskoczeniu wszystkich - znakomitym wodzem. Pokonał Duńczyków, rozbił Rosjan pod Narwą (1700). Wkrótce wkroczył do - cały czas formalnie neutralnej - Rzeczpospolitej, zajmując Warszawę. Polska, choć oficjalnie nie była stroną w wojnie, stała się teatrem dzia­łań wojennych, cierpiąc zniszczenia, gwałty i rekwizycje, rujnujące i tak już przecież zruj­nowany po serii wojen z drugiej połowy XVII wieku kraj. Szala zdaje się teraz przechylać na stronę Szwedów. Karol wysuwa własnego kandydata do tronu polskiego, Stanisława Lesz­czyńskiego, popartego przez konfederację war­szawską. Zwolennicy Augusta zawiązują włas­ną - w Sandomierzu, szukając wsparcia u cara rosyjskiego. Szwedzi przeprowadzają koronację Leszczyńskiego (sejm elekcyjny odbył się pod Warszawą w szwedzkim obozie wojskowym w roku 1705). August zrzeka się korony polskiej (1706). Przez cały ten czas trwa zarazem wojna partyzancka prowadzona przez zwolenników konfederacji sandomierskiej przeciwko Szwe­dom i przeciwko zwolennikom konfederacji warszawskiej - czyli de facto wojna domowa. Na północy Rzeczpospolitej operują wojska ro­syjskie walczące ze Szwedami i Sasami. W kra­ju wzmaga się chaos i bezprawie. W 1708 roku wielka, czterdziestotysięczna armia szwedzka rusza na Rosję, a 8 lipca pod Połtawą zostaje ona całkowicie rozgromiona przez wojska ro­syjskie pod wodzą Piotra Wielkiego i przestaje praktycznie istnieć. To jest punkt zwrotny ca­łego konfliktu.

August Mocny swój powrót na tron zawdzię­cza Rosji - traktując jako niebyłą swoją abdyka­cję, powraca w 1709 roku do kraju, zawierając w Toruniu traktat z Piotrem I, w którym czyni go swoim rzeczywistym protektorem. Tę spe­cjalną pozycję Rosji w sprawach polskich po­twierdza sejm z 1717 roku, ten sam, na którym uchwalono zaciąg wojska koronnego na śmiesz­nym poziomie 24 tysięcy i na którym bezczelne ingerencje ambasadora Dołgorukiego stanowiły tylko wstęp do przyszłych wyczynów Repnina z czasów Poniatowskiego. Wojna wprawdzie toczy się do 1721, kiedy to zostaje zawarty po­kój w Nystad, jednak pokój ten przypieczęto- wuje tylko faktyczną hegemonię Rosji w rejonie Bałtyku i w Rzeczpospolitej.

Od tej pory Rzeczpospolita - formalnie niepod­legła, posiadająca króla, sejm i senat, wojsko i monetę - staje się satelitą Rosji, w którym co­raz większą rolę zaczynają odgrywać też intry­gi pruskie (austriackie nie były nowością - dom rakuski intrygował tu już od stuleci). Dwa wy­darzenia, które miały miejsce w cieniu wojny północnej, uzyskują w tej perspektywie wyjąt­kową wymowę: w 1701 roku, korzystając z cha­osu wywołanego wojną, elektor brandenburski Fryderyk III koronuje się w Królewcu na króla jako Fryderyk I (dla zachowania pozorów jako „król w Prusach” a nie „król Prus”, bowiem ten drugi tytuł jest od 1466 roku oficjalnym tytułem króla Polski), zaś w roku 1703 rozpoczyna się na właśnie zdobytym dla Rosji wybrzeżu Bałtyku budowa Twierdzy Pietropawłowskiej - moment ten uznaje się za początek historii Petersburga (w twierdzy tej będzie w przyszłości więzio­nych wielu Polaków, między innymi Tadeusz Kościuszko). Dalsze dzieje-jak choćby narzuce­nie przez Petersburg Augusta III na tron polski w 1733 roku wbrew woli większości, która znów wybrała Leszczyńskiego, antyrosyjska konfederacja dzikowska z 1734 roku zawiąza­na w jego obronie (w jakiejś mierze prefiguracja konfederacji barskiej), rządy ambasadorów ro­syjskich, przemarsze wojsk w czasie wojny sied­mioletniej (choć oficjalnie Rzeczpospolita była neutralna), praktycznie stała obecność wojsk rosyjskich w kraju, wybór osobistego fawory­ta carycy Katarzyny, Poniatowskiego, na króla - układają się w logiczny ciąg wydarzeń prowa­dzących do nieuchronnego finału roku 1795.

O odzyskanie podmiotowości

Nie ma sensu kontynuować przeglądu tego pas­ma nieudolności, głupoty i cynizmu mieszają­cego się ze szczerym i trzeźwym patriotyzmem ludzi pokroju Konarskiego, Pułaskiego, Kołłą­taja czy Staszica. Każdy Polak zna pojęcie Tar­gowicy. Ten duch panował jednak już wcześ­niej. Dla oddania klimatu rosyjskiej dominacji wystarczy przytoczyć opis Jędrzeja Kitowicza dotyczący samowoli i gwałtów rosyjskich z lat sześćdziesiątych, gdy Repnin kazał porywać w Warszawie w biały dzień posłów i senatorów oraz zastraszał sejm: „książę Repnin, ambasa­dor moskiewski, na każdej sesji sejmowej znaj­dując się na loży, czyli chórku senatorskiej izby, mocno tego przestrzegał, aby żadnych mów opornych woli imperatorowej jejmci, faworyzu­jącej dysydentom, nie wszczynano. I gdy pewny poseł począł się rozwodzić w mowie nad gwał­tem (...) popełnionym (chodziło o bezprawne aresztowania - D.G.), posłał do niego Repnin dworzanina swego, Polaka Łabęckiego, z takim prawdziewie moskiewskim komplementem: Słusz ty, Łabęcki, skaży ty temu posłu, nechaj tak mnogo nie gaworyt, bo wozmet w sraku w piwniczu. Co ledwo Łabęcki pomienione- mu posłowi po cichu do ucha poszepnął, poseł natychmiast umilkł. A od niego inni sejmujący dowiedziawszy się przyczyny nagłego owego zamilczenia, wszyscy usta zamknęli, otwie­rając je szczególnie na potwierdzenie tego, co było od tronu, jako instrumentu moskiewskie­go, proponowane”[5]. Tak rodziły się warunki wychowywania do oportunizmu, tchórzostwa i zdrady, maskowanego realizmem czy zdro­wym rozsądkiem w przypadku słabszych cha­rakterów - owa szczególna atmosfera „półniewoli”, o której pisał Władysław Konopczyński, dając portret czasów saskich w Polsce.

Rozbiory były traumą, która ukształtowała wszystkie następne pokolenia Polaków. Zarówno zwolennicy walki zbrojnej, jak i ci, którzy opowiadali się po stronie pokojowych metod pracy na rzecz narodowej sprawy, pracowali dla jednego celu: dla odzyskania niepodległości. Podobnie myślano po 1944 roku. Komunizm był w tej perspektywie tylko kolejną wariacją na dobrze znany temat - obcej dominacji. Pol­ska Ludowa nie była prawdziwą, wolną Polską, co najwyżej przypominała, jak sugerował to w Listopadowym wieczorze Andrzej Kijowski, Królestwo Kongresowe sprzed 1830 roku. Pró­bowano sobie z tym radzić poprzez reformy, pracę organiczną, przez propozycje odnowy duchowej i cywilizacyjnej, jakie złożyła pod ko­niec XIX wieku narodowa demokracja. Wacław Berent w swoim wielkim cyklu opowieści bio­graficznych, w którym przedstawił znakomity portret trzech pokoleń pracujących dla Polski począwszy od Sejmu Czteroletniego, a skoń­czywszy na powstaniu listopadowym - czyli przez okres ponad czterdziestu lat zawartych między rokiem 1788 a 1831 - dowodził, że Le­giony i Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk były w istocie elementami tego samego wysiłku, tej samej pracy. Nie ma zatem w okre­sie po 1772 roku podziału na pracę organiczną i walkę zbrojną, podziału na romantyków i pozytywistów, jak uparcie uczą w szkołach. Te podziały zależały od okoliczności - patriotyzm był w obu przypadkach równie dobry, tak jak ten sam pozostawał cel. Różniono się w doborze środków. Każde jednak pokolenie - począwszy od pokolenia Konarskiego, Staszica, Kościuszki i Dąbrowskiego, przez wielkie pokolenie Pił­sudskiego i Dmowskiego - spierało się o te spra­wy gwałtownie, bo też wielka była stawka tych sporów: jak odzyskać niepodległy byt państwo­wy i jak przywrócić Polsce podmiotową rolę w europejskiej polityce?

Charakterystyczną cechą tych wewnętrznych debat był spór o modernizację. To jest nić prze­wodnia polskich sporów ostatnich bez mała trzystu lat. W początkach tego sporu widać istot­ną, choć pozorną sprzeczność - Polska utraciła niepodległość, ponieważ nie była krajem nowo­czesnym, nie była zdolna do modernizacji; i za­razem Polska utraciła niepodległość, ponieważ okazała się krajem zdolnym do modernizacji o własnych siłach. Z jednej bowiem strony kil­kadziesiąt lat bezustannych wojen w pierwszej połowie wieku XVII, toczonych na własnym te­rytorium, zrujnowało kraj i przygotowało grunt pod apatię i cynizm czasów saskich - w okre­sie 1648-1699, kiedy to formalnie zakończono wojnę z Turcją, a Kamieniec Podolski wrócił po ponad ćwierćwieczu w granice Rzeczypo­spolitej. Trzy pokolenia bez ustanku walczyły z Kozakami, Moskwą, Szwedami, wojskami siedmiogrodzkimi, Tatarami, Turkami. Sam fakt, że Rzeczpospolita przetrwała te wszystkie wojny, jest na dobrą sprawę cudem. Ale prze­trwała je w stanie bardzo złym, jak uczestnik maratonu pływackiego, który przeliczył się z si­łami i omal nie utonął przy brzegu. Potem - gdy drapieżni sąsiedzi zaczęli się gwałtownie mo­dernizować, w początkach XVIII wieku - nie było już sił ani ludzi o dostatecznie szerokich horyzontach, którzy potrafiliby kraj unowo­cześnić.

Z drugiej jednak strony rozbiory unicestwiły Rzeczpospolitą właśnie wtedy, gdy udowodniła, że jest w stanie modernizować się skutecz­nie. Konstytucja 3 maja przeraziła mocarstwa zaborcze nie tylko dlatego, że dość szybko dał się odczuć w Polsce duch rewolucyjnej Francji - a taki był ton absolutystycznej propagandy (tej samej, która - gdy trzeba było - po spra­wie toruńskiej w 1724 roku trąbiła o tym, że Berlin czy Petersburg to gwaranci idei toleran­cji - doprawdy, carstwo rosyjskie jako gwarant humanizmu i tolerancji to piękna myśl!). Ale w rzeczywistości chodziło o coś więcej - o pro­jekt unowocześnienia kraju potencjalnie silne­go. Sam projekt podniesienia liczebności armii do stu tysięcy (i tak skromny, jeśli się pamięta, że za lat kilkanaście Księstwo Warszawskie, dużo mniejsze od Polski w granicach z 1791 roku, wystawiło taką armię) zaniepokoił są­siednie dwory, nie mówiąc już na przykład o projektach reformy miast i finansów, o któ­rych przestraszony ambasador pruski donosił Fryderykowi Wilhelmowi II w Berlinie. Zagłada państwa polskiego została uknuta przez Berlin, Petersburg i Wiedeń jako akcja prewencyjna. Nie można było czekać - zwłaszcza w Berlinie - na to, że wzmocniona Polska, kraj z nowoczesną konstytucją, rozwijającymi się miastami i dwustu-, może trzystutysięczną armią, przy­pomni sobie o Gdańsku, Bydgoszczy i Elblągu. Dla Rosji silna Polska oznaczała wypchnięcie z polityki europejskiej. Dla Prus była to kwestia być albo nie być. Rzeczpospolita została znisz­czona, bo udowodniła, że może być silna i no­woczesna. To dlatego - żeby zatrzeć w pamięci Europy ten fakt - historycy niemieccy i rosyjscy napisali w wieku XIX stosy uczonych rozpraw mówiących, że dawna Polska nie była zdolna do istnienia, że w gruncie rzeczy dobrze się stało, iż państwa rozbiorowe dokonały może surowej, ale sprawiedliwej egzekucji wyroku wydanego przez ducha dziejów. Jeśli już, to tylko pierwszy rozbiór był rzeczywiście karą za tępotę i słabość trzech pokoleń epoki saskiej. Ale rozbiory drugi i trzeci były już zbrodnią.

Pierwszy rozbiór spadł bo­wiem na państwo nie tylko słabe, lecz także intelektual­nie bezradne i cywilizacyj­nie zapóźnione. Wprawdzie cały czas było w nim dość szczerego patriotyzmu na dawną, republikańską mod­łę - czego dowody złożyła wcześniej konfederacja bar­ska - ale sam republikański zapał to zbyt mało. Jednak już w konfederacji barskiej mieszało się stare z nowym: z jednej strony ryngrafy z Matką Boską, z drugiej - zapytania wysyłane przez Michała Wielhorskiego do Jana Jakuba Rousseau o sposoby reformy ustroju Rzeczypospolitej.

Tymczasem drugi i trzeci rozbiór brutalnie przerwały proces nie tylko formowania się nowoczesnego państwa, lecz także powstawania nowoczesnego narodu politycznego[6]. Było to owocem wytężonej pracy epoki stanisławow­skiej, reformy edukacji - Komisji Edukacji Naro­dowej, Szkoły Rycerskiej - ożywienia intelektu­alnego i gwałtownego rozwoju rodzimej wersji Oświecenia. Podkreślić właśnie trzeba - rodzi­mej. Polskie Oświecenie jest o tyle szczególne, że łączy wszystkie wątki charakterystyczne dla europejskiej myśli oświeceniowej z pewnymi cechami szczególnymi. Specyfika ta sprowa­dza się do kilku istotnych elementów. Chodzi w pierwszym rzędzie o jego republikański cha­rakter - jak ukazała to w swojej znakomitej pra­cy Anna Grześkowiak-Krwawicz[7]. Republikański charakter polskiego Oświecenia wiąże się z ko­lejnym elementem - jego wymiarem obywatel­skim. Za Jurgenem Habermasem zwykło się pod­kreślać, że nowoczesność powstała wraz z narodzina­mi publicznej sfery komu­nikacji. Istotą tej obserwacji jest prosta konstatacja: no­woczesna opinia publiczna w wieku XVIII rodziła się w krajach absolutystycznych. Musiała sobie wy­walczyć prawo do istnienia gdzieś między sferą prywat­ną a sferą państwa, rozumia­ną jako domena państwowej biurokracji podlegającej ab­solutnemu władcy. Stąd rola salonu, kawiarni, stąd walka z cenzuralnymi ograniczeniami. Polski dyskurs oby­watelski - żywioł, w którym w drugiej połowie XVIII wieku powstawało nowoczesne pojęcie narodu polskiego - funkcjo­nował odmiennie. Tu zawsze było więcej swo­body, tutaj nie trzeba było szeptać na salonach czy drukować politycznych pamfletów za grani­cą. Tu były sejmy, sejmiki, tutaj od XVI wieku pamflet polityczny czy rozmowa na tematy po­lityczne w każdym miejscu i o każdym czasie stanowiły oczywisty element życia zbiorowego - i dlatego uwagi Kitowicza na temat wyczynów Repnina na sejmach są wyrazem oburzenia; pol­ski autor nazywa tam skandalem ograniczenie praw Polaków, które w latach sześćdziesiątych XVIII wieku stanowiły nieosiągalne marzenie dla oświeconego Francuza. Naturalnie dotyczy­ło to wcześniej szlachty, jako narodu politycz­nego, ale właśnie w czasach stanisławowskich „naród polityczny” zaczyna obejmować także mieszczaństwo (pisał o tym, obok wspomnianego Berenta, choćby Władysław Smoleński) i zarazem wzbogaca się o nowy element: ro­dzącą się inteligencję (jak pokazuje to Ma­ciej Janowski w pierwszym tomie najnow­szej historii inteligencji polskiej)[8]. Powstanie kościuszkowskie ukazuje siłę tego procesu - walczą w nim absolwenci Szkoły Rycerskiej, literaci stanisławowscy, chłopi spod Krakowa i rzemieślnicy z warszawskiego Starego Mia­sta. Kościuszko zaś nie zawiązuje konfederacji - jak konfederacja dzikowska, sandomierska czy barska, w duchu dawnego republikanizmu (którą w myśl staropolskiej procedury trzeba było wpisać do ksiąg grodzkich) - ale ogłasza „insurekcję”, przysięgając na rynku w Krakowie w marcu 1794 roku „Narodowi Polskiemu”, że powierzonej władzy nie użyje „na niczyj prywatny ucisk”, lecz dla obrony „całości granic, odzyskania samowładności Narodu” oraz „ugruntowania powszechnej wolności”.

Polski kształt Oświecenia

Warto przypomnieć te kwestie, dlatego że katastrofa trzeciego rozbioru spowodowała u Polaków rodzaj kompleksu - zacofanie to prze­cież sprawa wstydliwa, a rozbiory były właśnie konsekwencją zacofania. Jednak powtórzmy to jeszcze raz: drugi i trzeci rozbiór były aktami prewencyjnymi, zapobiegającymi groźnemu dla ich autorów odrodzeniu podmiotowości Polski. Szkoła krakowska - wielka tradycja historiograficzna tworzona przez Waleriana Kalinkę, Michała Bobrzyńskiego czy Józefa Szujskiego, a upatrująca przyczyny upadku Rzeczypospo­litej w wadliwym ustroju - ma zatem rację raczej w odniesieniu do pierwszego rozbioru. Jej konkurentka, szkoła warszawska - z takimi nazwiskami jak Władysław Smoleński, Tade­usz Korzon czy Adolf Pawiński - która twier­dziła, że oprócz państwa ważnym podmiotem dziejów jest nowoczesny naród i że proces jego powstawania został tylko wyhamowany, lecz nie przerwany przez agresywnych zaborców, ma zaś rację w przypadku roku 1792 i 1795. Co więcej - warto dostrzec, że Polska nie przegrała wtedy z narodami, których dystynktywną cechą była nowoczesność. Naszym wrogiem nie była bowiem ani Francja, ani tym bardziej Anglia, lecz trzy feudalne mocarstwa ze wschodniej części kontynentu, leżące prze­cież na wschód od „linii Łaby”, wyznaczającej granicę między protokapitalistycznym Zacho­dem a zacofanym, rolniczym Wschodem, linii z taką lubością przywoływanej w czasach PRL jako dowód na poślednią rolę naszego kraju w historii nowożytnej Europy. Berlin, Wiedeń i Petersburg też leżały „na wschód od Łaby”. Tak, kwitły tam sztuki i nauki, ale jako dodatki do absolutystycznych dworów. Nowoczesnego poczucia obywatelskiej wspólnoty, łączącej lu­dzi różnych stanów, było w Polsce Tadeusza Kościuszki, Jana Kilińskiego, Bartosza Gło­wackiego czy Stanisława Staszica więcej niż w Prusach Wschodnich Immanuela Kanta czy w Sankt Petersburgu Woltera i de Maistre’a. Czego zatem brakowało Polsce? Pieniędzy i armii - dwóch rzeczy, których nie brakowało absolutystycznym władcom. Nowoczesne pań­stwo jako biurokratyczna struktura służąca do wyciskania podatków i wydawania ich na apa­rat przymusu i przemocy działający zgodnie ze strategią opracowaną wedle reguł racji stanu przez centrum decyzyjne - oto rozstrzygająca różnica między Rzeczpospolitą a jej sąsiadami. Kiedy tylko ci ostatni zorientowali się, że Pol­ska może mieć taką samą strukturę wzmoc­nioną o element, którego im brakowało - no­woczesny naród polityczny, świadomy swej tożsamości i politycznych celów - skutecznie uderzyli, eliminując niechybne przyszłe zagro­żenie dla własnych interesów.

Można czasem usłyszeć, że Konstytucja 3 maja nie była tak nowoczesna jak wielkie projekty fundujące ducha demokratycznej i liberalnej nowoczesności - amerykański i francuski. Chodzi o to, że polskiej konstytucji braku­je elementu uniwersalnych praw człowieka, obecnego zarówno w Deklaracji Niepodległo­ści Stanów Zjednoczonych z 1776 roku, jak i we francuskiej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela z roku 1789. To prawda, nasza konstytucja pozostawia stanowe społeczeń­stwo, wyraźnie stwierdzając, iż narodem po­litycznym we właściwym tego słowa znacze­niu jest szlachta (a i to szlachta-posesjonaci: konstytucja faktycznie odsuwała od polityki szlachtę nieposiadającą własnych majątków). Jednak rozszerzała prawa miast królewskich, wspominała także o chłopach-włościanach. Nie były to rozwiązania liberalne, a jednak przez wyraźne określenie zasad konstrukcji ustrojo­wej, wzmacniającej władzę wykonawczą, kon­stytucja stwarzała mechanizm do stopniowej reformy państwa w duchu konstytucjonalizmu (to też jeden z korzeni nowoczesnej tradycji demokratyczno-liberalnej) oraz do moderni­zacji struktury społecznej, do jej przyszłej de­mokratyzacji. Podkreślała przy tym - jak naj­bardziej w zgodzie z duchem nowoczesności - znaczenie majątku osobistego dla zdolności uczestnictwa w narodzie politycznym. Zarów­no bowiem w stanie szlacheckim, jak i wśród mieszczan prawa miały przysługiwać właś­nie posiadaczom majątków. Liczba obywateli czynnych politycznie, nawet po odjęciu praw politycznych szlachcie-gołocie, i tak przewyższała grupę aktywnych obywateli na przykład w liberalnej Anglii (powszechną demokrację próbowali wprowadzić jakobini w 1792 roku, jednak próba ta nie powiodła się, tak jak cały ich radykalny projekt rewolucyjny).

Należy jednocześnie pamiętać, że uniwersalne prawa deklarowane przez Amerykanów czy Francuzów operowały w ściśle zakreślonych granicach - nie dotyczyły bowiem niewolni­ków. Zarówno na plantacjach południowych stanów amerykańskich, jak i we francuskich koloniach czarni niewolnicy nie byli adresa­tami idei powszechnych praw człowieka. Aby stali się wolni, potrzeba było w przypadku Stanów Zjednoczonych krwawej wojny domowej. Casus Francji był bardziej skomplikowany - wprawdzie w 1794 roku rząd republiki za­kazał handlu niewolnikami i samej instytucji niewolnictwa, jednak Napoleon przywrócił ją w 1803 roku. Faktyczną wolność wywalczyli sobie niewolnicy na Haiti, którzy zbuntowa­li się w 1791 roku (niepodległość uzyskali w roku 1804). W koloniach francuskich znie­siono ostatecznie niewolnictwo w 1848 roku, w angielskich wcześniej, bo w roku 1833. Po­łożenie chłopów pańszczyźnianych w Polsce końca XVIII wieku było złe, jednak i tak lepsze od sytuacji niewolników. Można założyć, że gdyby Rzeczpospolita istniała dalej, to sytuacja prawna chłopów poprawiłaby się dużo szybciej, niż miało to miejsce w przypadku regulacji wy­dawanych przez zaborców - dotyczy to przede wszystkim zaboru rosyjskiego, gdzie cała spra­wa przeciągnęła się aż do lat sześćdziesiątych XIX wieku. Jak szybki prawdopodobnie byłby to proces, widać już w wydarzeniach z przeło­mu XVIII i XIX wieku. Konstytucja z 1791 roku brała chłopów pod opiekę państwa. Uniwersał połaniecki Kościuszki z 1794 roku zapewniał im wolność osobistą. Podczas powstania Koł­łątaj pracował nad projektem ustawy nadającej ziemię tym spośród włościan, którzy walczyli w armii narodowej. Symbolicznym literackim wyrazem nastrojów oświeconego narodu politycznego jest końcowa scena z Pana Tadeusza - wszakże w XII księdze "Kochajmy się!" dowia­dujemy się, że młodzi narzeczeni postanowili obdarzyć wolnością i uwłaszczyć chłopów w swoich majątkach. Charakterystyczna jest przy tym scena następująca już po rozmowie Tadeusza z Zosią, w trakcie której podejmują taką właśnie decyzję:

Tadeusz krzyknął: „Zdrowie Spólobywateli,

Wolnych, równych, Polaków!” - „Wnoszę Ludu zdrowie!”

Rzeki Dąbrowski; lud krzyknął: „Niech żyją Wodzowie,

Wiwat Wojsko, wiwat Lud, wiwat wszystkie Stany!”.

Mickiewicz ironizuje przy tym z uniwersalistycznej dogmatyki prawno-naturalnej:

Tylko Buchman radości podzielić nie raczył

Pochwalał projekt, lecz go rad by przeinaczył,

A naprzód komisyją legalną wyznaczył

Która by- krótkość czasu była na zawadzie,

Że nie stało się zadość Buchmanowej radzie.

Duch oświeceniowego uniwersalizmu, choć niewyrażany wprost, był zatem i tak stale obecny w myśleniu o polityczności pokolenia przełomu XVIII i XIX wieku. Dość przeczytać preambułę do Ustawy Rządowej z 1791 roku: „Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowa­nia i udoskonalenia konstytucji narodowej je­dynie zawisł, długim doświadczeniem poznaw­szy zadawnione rządu naszego wady, a chcąc korzystać z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samym sobie wróciła, wolni od hańbiących obcej prze­mocy nakazów ceniąc drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencję politycz­ną, niepodległość zewnętrzną i wolność we­wnętrzną narodu, którego los w ręce nasze jest powierzony, chcąc oraz na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń zasłużyć, mimo przeszkód, które w nas namiętności sprawować mogą, dla do­bra powszechnego, dla ugruntowania wolno­ści, dla ocalenia Ojczyzny naszej i jej granic, z największą stałością ducha niniejszą konsty­tucję uchwalamy i tę całkowicie za świętą, za niewzruszoną deklarujemy, dopóki by naród w czasie prawem przepisanym wyraźną wolą swoją nie uznał potrzeby odmienienia w niej jakiego artykułu”[9].

Polskie Oświecenie wyróżniał także stosu­nek do religii. Rysem upodabniającym je do amerykańskiego i zarazem odróżniającym od francuskiego był brak pierwiastka silnego antyklerykalizmu. Konstytucja 3 maja zaczyna się od Invocatio Dei, religię katolicką ustanawia religią państwową i jednocześnie ogranicza dysydentom dostęp do stanowisk ministerial­nych (zarazem deklaruje wolność wyznania, choć zabrania konwersji z katolicyzmu na inne religie i wyznania). Należy jednak pamiętać, że o Bogu mówi się także w amerykańskiej deklaracji niepodległości. Polscy radykałowie po uchwaleniu własnej konstytucji udali się do stołecznej katedry świętego Jana nie po to, aby ją zdemolować - co przydarzyło się paryskiej katedrze Notre Dame, której wnętrze zniszczo­no, gdy w 1793 roku zamieniono ją na świąty­nię Rozumu - lecz po to, aby odśpiewać w niej uroczyste Te Deum.

W odniesieniu do XVIII wieku warto poczynić jeszcze jedną uwagę. Jest czymś uderzającym, że los Polski z tamtej epoki powtarza dzisiaj do pewnego stopnia Ukraina. Ten sąsiedni kraj leży między z jednej strony zimnym, egoistycz­nym racjonalizmem Zachodu, który opowiada sobie, że na Ukrainie jest chaos, że Ukraińcy nie potrafią sami załatwić swoich spraw, że niepodległa Ukraina nie pasuje do geopolitycz­nych konstrukcji, a z drugiej - despotycznym Wschodem. Fakt, że nie ma dziś odpowiednika agresywnego i przebiegłego, bezwzględnego Fryderyka Wielkiego. Ale zdepersonalizowana, zimna i egoistyczna struktura Zachodu, który potrafi używać rozumu tylko do tego, żeby na sto sposobów wytłumaczyć, że Ukraińcy nie potrafią wejść do Europy i na to nie zasługują - odgrywa w istocie podobną rolę. A na Wscho­dzie jest Rosja, jak zawsze despotyczna i zabor­cza. Ukraina znajduje się dzisiaj w punkcie, w którym my byliśmy w XVIII wieku - i także od nas zależy, czy uniknie ona klęski, która sta­ła się wtedy naszym udziałem.

Wyzwania współczesne

Powróćmy jednak do Polski i czasów współ­czesnych. Analogie do XVIII wieku nie mogą być naturalnie bezpośrednie. Nie grozi nam banalna i prosta powtórka z przeszłości - ani w postaci fizycznych rozbiorów, ani też w po­staci totalnych, ludobójczych wojen znanych nam z minionego stulecia. Nie znaczy to jed­nak, że znikł element podwyższonego ryzyka, trwale wpisany w nasze usytuowanie w czasie i przestrzeni. Zresztą prawdopodobieństwo woj­ny, szczególnie po tym, jak Rosja zaatakowała Gruzję, nie wydaje się już tak niewyobrażalne jak jeszcze kilka lat temu. Nie byłaby to jed­nak wojna na ogromną skalę, z milionowymi armiami, tysiącami czołgów i trwałą brutalną okupacją, mającą na celu eksterminację lub za­bór terytorium. Wyobraźmy sobie raczej nagły i krótki atak - w dwie doby rosyjskie wojska dochodzą do Nowego Dworu Mazowieckiego albo Mińska Mazowieckiego, tam stają i zaczy­nają się dyplomatyczne targi. Rosyjski minister spraw zagranicznych jedzie do Brukseli albo do Berlina (Niemcy naturalnie od razu podjęły się misji rozjemczej), administracja amerykańska wszystko zwala na nas (za słabo się broniliśmy i wszystko tak szybko się potoczyło, że nie ma sensu wysyłać wojsk, a przy tym trzeba z Rosją współpracować w sprawie Iranu czy w Afga­nistanie), opinia publiczna w Europie wyraża wprawdzie oburzenie, ale sporo też głosów zwraca uwagę, że rusofobiczni Polacy też nie są bez winy... itd., itp. Cała sprawa nie kończy się ani aneksją Warmii i Mazur do Obwodu Kaliningradzkiego, ani też pojawieniem się na warszawskich ulicach napisów po rosyjsku. Niby nic strasznego się nie dzieje, tylko wszyst­ko jest jakoś inaczej. Do tego gaz zdrożał absur­dalnie i paru ludzi o niewyparzonych językach musiało emigrować.

Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypad­ków jest ciągle bliskie zeru, ale już nie zerowe. Chodzi o to, aby zrozumieć względną słabość Polski - słabość militarną oraz słabość państwa jako struktury zapewniającej bezpieczeństwo. Kolejne rządy dyskutują nad reformą wojska, obiecują armię zawodową, posyłają żołnierzy na misje pokojowe i dalekie wojny - i tylko bra­kuje wyraźnej świadomości opinii publicznej, że Polska znajduje się w zupełnie innej sytu­acji niż Portugalia, Belgia czy nawet Niemcy, bowiem graniczy z ostatnią realną dyktaturą na kontynencie: Białorusią Łukaszenki, która pozostaje w militarnym sojuszu z Putinowską Rosją, posiadającą tuż obok nas największą morsko-lądową bazę militarną świata, czyli Obwód Kaliningradzki. Naszym problemem w kwestii bezpieczeństwa nie jest zatem przekształcanie armii w korpus ekspedycyjny przygotowany do pełnienia zadań w ramach misji zagranicznych NATO, lecz posiadanie sił zbrojnych zdolnych do obrony własnego terytorium. To, co wydaje się czystą abstrakcją dla Hiszpanów czy Wło­chów, koniecznością znaną już tylko z podręcz­ników historii, dla nas jest rzeczą absolutnie podstawową. Powtórzmy: czy po dwudziestu latach niepodległości sprawa ta jest jasna dla opinii publicznej i dla polityków? Chyba nie do końca - żeby się o tym przekonać, wystarczy choćby pobieżny rzut oka na dyslokację pol­skich jednostek zmotoryzowanych i pancer­nych. Między Warszawą a Kaliningradem jest tylko 16. Pomorska Dywizja Zmotoryzowana, rozrzucona pomiędzy Braniewem, Elblągiem a Giżyckiem. Od Warszawy do granicy bia­łoruskiej nie ma zaś nic (dopiero w Wesołej pod Warszawą stacjonuje 1. Brygada Pancerna - nomen omen imienia Tadeusza Kościuszki; notabene obecny rząd wspominał o ewentual­nych planach jej likwidacji). Gros sił stacjonuje, tak jak w czasach PRL, nad zachodnią granicą - w pasie strategicznego rozwinięcia wojsk Układu Warszawskiego, dokładnie jak za cza­sów, gdy myślano w Moskwie o ataku na ka­pitalistyczny Zachód. Kiedy wszyscy cieszą się z zapowiedzi wprowadzenia armii zawodowej - bo to takie nowoczesne i poboru już nie bę­dzie - jedyne głosy krytyczne dotyczą kosztów. W debatach nie pada zbyt często kwestia pod­stawowa: armię dopasowuje się do istniejących zagrożeń, a nie do abstrakcyjnych norm nowo­czesności. Jeśli przyjdzie moment realnej próby - oby nie przyszedł nigdy - będziemy mogli, jak zawsze zresztą, liczyć tylko na siebie, będziemy musieli bronić się przez kilka dni sami, aby dać dogodną pozycję dla dyplomatycznych targów naszym sojusznikom lub aby zmusić Amerykę do udzielenia choćby symbolicznej pomocy. Z pewnością bowiem nie mamy co liczyć na bohaterskie czyny belgijskich czołgistów pod Olsztynem albo portugalskich spadochroniarzy pod Ciechanowem czy Mławą (niemiecka armia w najlepszym razie podejmie się funkcji rozjem­czych na linii zawieszenia broni, gdy będzie już po wszystkim). Armia gruzińska w 2008 roku walczyła faktycznie tylko dobę, może trochę dłużej, potem po prostu porzuciła stanowiska i to, co z niej zostało, przyczaiło się w stolicy, czekając zmiłowania świata. Dlaczego zatem w polskich debatach nie pojawia się z całą mocą postulat uzupełnienia projektu budowy armii zawodowej o komponent silnych wojsk obrony terytorialnej kraju - wojsk, trzeba dodać, cały czas korzystających z masowego przeszkolenia obywateli? Te sprawy nie powinny zajmować tylko fachowców, ekspertów od spraw militar­nych, lecz powinny stanowić element wiedzy uczestników szeroko rozumianych debat pub­licznych. Po prostu tego wymaga nasze usy­tuowanie w czasie i przestrzeni. Od kosztów uzawodowienia armii ważniejszym tematem wydaje się oszacowanie kosztów przeniesienia choćby dwóch brygad kawalerii pancernej na Podlasie lub Mazury, zbudowania tam koszar, domów dla kadry, parków technicznych itd. To sprawa o kluczowym znaczeniu w naszych warunkach.

Bezpieczeństwo zewnętrzne to rzecz funda­mentalna, jednak nie wyczerpuje ono kwestii podmiotowości. Jak zostało już wcześniej po­wiedziane, choć prawdopodobieństwo zbrojnego konfliktu w przyszłości nie jest już nie­wyobrażalne, to jednak ciągle nie ono stanowi podstawowe wyzwanie, przed jakim stoimy. Podmiotowość należy rozumieć szerzej i odno­sić do stanu państwa i narodu w konkretnych okolicznościach, a więc przede wszystkim w czasach narastającego, globalnego kryzysu finansowego i gospodarczego, kryzysu dotych­czasowego modelu integracji europejskiej oraz zachodnich struktur bezpieczeństwa. Należy przy tym pamiętać o pierwotnym znaczeniu pojęcia kryzysu - Grecy używali czasownika krino w znaczeniu: dzielić, wybierać, decydo­wać, osądzać; w zwrotnej wersji zaś: mierzyć się, walczyć z czymś. Kryzys zatem to tyle co nieodwołalne, ostateczne rozstrzygnięcie. W hipokratejskiej szkole medycznej mówiono o krytycznej fazie choroby, w trakcie której to­czyła się rozstrzygająca walka między życiem a śmiercią[10]. Kryzys jest zatem zagrożeniem, ale i szansą; oznacza zachwianie się dotychczaso­wego stanu rzeczy, ale też otwiera perspekty­wy dla nowego ładu. Podmiotowość pozwala obronić się przed zagrożeniami i jednocześnie dostarcza instrumentów niezbędnych do wyko­rzystania szansy. Słabi i niezdolni do odgrywa­nia podmiotowej roli stracą na kryzysie. Silni wygrają, zajmując lepsze pozycje w nowym, wyłaniającym się dopiero z kryzysu, porządku.

Powróćmy zatem na koniec do naszego punktu wyjścia, do Połtawy i 1709 roku. Współczes­ne pokolenie Polaków stanęło przed szansą zamknięcia na zawsze karty dziejowej, która została rozpoczęta dokładnie trzysta lat temu. Chodzi o odzyskanie przez Polskę realnej pod­miotowości, utraconej na początku XVIII wie­ku. W 1989 roku odzyskaliśmy - jak się nam zdaje, na trwałe - niepodległość. Wierzymy, że przekreślając ostatecznie przekleństwo roz­biorów - cel, który nie powiódł się pokoleniu II Rzeczypospolitej, zmiażdżonej przez dwa totalitaryzmy - daliśmy trwałe podstawy przyszłości naszego kraju. A jednak odzyskanie formalnej niepodległości to nie koniec wysił­ku, lecz tylko pierwszy krok, który musi być uzupełniony o krok następny - właśnie o zy­skanie podmiotowości. Chodzi o odwrócenie logiki XVIII wieku. Z premedytacją nie mówię przy tym o suwerenności, bo to słowo jest dziś również cokolwiek dwuznaczne; mówi się, że państwa, które wchodzą w skład skomplikowa­nych struktur międzynarodowych, nie mogą być suwerenne w ten sposób, w jaki suwerenne były państwa wchodzące w skład systemu, któ­ry istniał po 1648 roku, tak zwanego systemu westfalskiego. Dodatkowo suwerenność jest po­jęciem prawnym, określa formalne ramy funk­cjonowania państwa. Tymczasem idzie o to, aby formalną suwerenność napełnić faktyczną, realną treścią polityczności. Samo posiadanie niepodległego państwa nie rozwiązuje proble­mu. Oznacza to bowiem powrót do stanu rze­czy, który istniał także w momencie rozbiorów. Jak pokazuje przykład pokolenia Sejmu Wiel­kiego, Królestwa Kongresowego i warszaw­skiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, można reformować kraj nawet nie posiadając państwa. Tylko że owoce tych reform bez posiadania podmiotowości zawsze będą zmarnowane. Podmiotowość można zachować będąc również członkiem Unii Europejskiej czy wspólnoty at­lantyckiej, jeżeli się umie grać, jak mówi profe­sor Jadwiga Staniszkis, w sferze rzeczywistości „sieciowej”. Ale musi ona zostać przez Polskę utrzymana, żeby modernizacja i nowoczesność służyły celom polskim. W przeciwnym razie to wszystko, co jest procesem cywilizacyjnym, będzie obsługiwało obce cele.

Kluczowe wydaje się tutaj pojęcie modernizacji. Sens lekcji XVIII wieku sprowadza się do tego, że umiejętność przyswajania nowoczesności rozstrzyga o przyszłości wspólnoty politycznej, usytuowanej w czasie i przestrzeni w taki właś­nie sposób jak Polska. W Polsce od trzech wie­ków toczy się - by przywołać tytuł głośnej swe­go czasu książki Jerzego Jedlickiego - dyskusja poszukująca odpowiedzi na pytanie: jakiej cy­wilizacji potrzebują Polacy? Spór o nowoczes­ność w polskich warunkach nie sprowadza się jednak tylko do dyskusji o meandrach procesów cywilizacyjnych. To nie jest dyskusja eksper­tów - to jest dyskusja obywateli. Wyzwanie modernizacji nieuchronnie posiada bowiem w naszych warunkach - znów: pamiętajmy o czasie i przestrzeni - wymiar obywatelski, wymiar polityczny. Jan Pietrzak śpiewał w cza­sach pierwszej Solidarności piosenkę Żeby Pol­ska była Polską, piosenkę, która pełniła wtedy funkcję niemalże drugiego hymnu narodowe­go. Parafrazując jej słowa, można powiedzieć, że stawką polskich sporów o nowoczesność jest właśnie ten na pozór enigmatyczny i niejasny cel: żeby Polska była Polską. Co to znaczy? W tej wieloznacznej, zdawałoby się, frazie za­wiera się marzenie o Polsce silnej, zasobnej, niepodległej; o kraju, który jest w stanie zak­tualizować swój ukryty i niewykorzystany po­tencjał.

Polacy muszą stworzyć silne państwo, żeby Polska już nigdy nie była „Chrystusem narodów”. Nam się cierpienia znudziły i nie potrze­bujemy ich już więcej. Piłsudskiego projekt Polski silnej rodził się z buntu nie tyle prze­ciwko naszemu mazgajstwu, ile raczej prze­ciwko skandalowi, jakim jest polska słabość.

Bo słabość Polski przez te ostatnie dwieście lat jest z tej perspektywy skandalem, z powodu którego każdego dobrego Polaka powinien trafiać szlag. Nie trzeba bowiem aż tak wie­le, aby zaktualizować - używając arystotelesowskich określeń - polski potencjał, jako że potencjalnie Polacy są sporym narodem. Tylko nie potrafią tego zaktualizować. I w każdym kolejnym pokoleniu kłócimy się o to, dlaczego Polska pozostaje poniżej swoich możliwości. To jest pytanie, które stale powraca w polskich sporach.

Polski problem polega na tym, że nie umiemy przytrzymywać mocy. Działa w nas zawsze republikańska dialektyka: jesteśmy w stanie stworzyć wspaniałe konfederacje, które zwalczą zakusy budowy absolutum dominium albo przeciwstawią się wrogowi, który nam zagra­ża, ale zaraz potem rozjeżdżamy się do domów. Chwile obywatelskiej mobilizacji są krótkie. I nie potrafimy zbudować mechanizmów pań­stwowych, które pracowałyby wytrwale przez pokolenia. Takich, jakie zostały zbudowane w zachodnich społeczeństwach na fundamen­tach położonych przez reżimy absolutystyczne i później przez dziewiętnastowieczną demo­krację liberalną. Jak przytrzymać moc? Z pre­medytacją używam tego nieco nieprecyzyjne­go słowa, żeby nie używać słowa „siła”, które w polskim języku jest dwuznaczne, bo odwo­łuje się także do przemocy. Nie chodzi o to, żeby nad kimś dominować czy koncentrować się na środkach przemocy fizycznej. Warun­kiem rozwoju polskiej cywilizacji jest to, żeby polskie państwo i polska gospodarka były moc­ne. Jesteśmy bowiem tak usytuowani w czasie i przestrzeni, że gdy nie mamy mocnego państwa i silnej gospodarki, to najpierw nie mamy państwa, a potem nie mamy też cywilizacji. I za polskie podatki, wypracowane w polskiej gospodarce przez kilka pokoleń, buduje się gmachy publiczne w Petersburgu czy Berlinie, jak w XIX wieku, a w Warszawie w tym samym czasie nie można założyć nawet towarzystwa wioślarskiego.

Obecny kryzys finansowy ukazuje w całej ja­skrawości właśnie gospodarczy i cywilizacyjny wymiar podmiotowości. Spekulacyjne ataki na złotówkę prowadzone przez takie giganty jak nowojorski bank Goldman Sachs, drastyczne ograniczanie kredytowania krajowego bizne­su przez lokalne oddziały zachodnich banków spowodowane poleceniami wydawanymi przez centrale w Londynie czy Brukseli, znaczące zwiększenie dywidend wypracowanych tutaj, a transferowanych na zachód, protekcjonistycz­ne pomysły ogłaszane w Paryżu, a wymierzone na przykład w polski przemysł motoryzacyjny - wszystkie te nowe wydarzenia są wielką lekcją podmiotowości dla nowej klasy średniej, która pojawiła się w Polsce po 1989 roku i któ­ra z neoficką żarliwością uwierzyła w reguły globalnego kapitalizmu. Wolny, globalny rynek to sfera rywalizacji, w której sprawne państwo stanowi instrument o zasadniczym znaczeniu dla ochrony interesów gospodarczych. Można mieć wszystkie atrybuty niepodległego pań­stwa - ambasady, armię (nie za silną), mini­sterstwa i znaczki pocztowe - a w momencie kryzysu energetycznego być zmuszonym do ogrzewania lotniska w stolicy kraju koksowni­kami albo do zamykania szkół, jak przydarzyło się to ostatnio Bułgarii; można przez lata czer­pać korzyści z nadymanego coraz bardziej ba­lonu finansowych spekulacji, a jednak prędzej czy później stanąć przed widmem bankructwa - jak przydarzyło się z kolei Islandii. Kilka lat temu wymowni apostołowie deregulacji wszystkiego, co się da, i totalnego neoliberalizowania za wzór dla Polski stawiali bałtyckie tygrysy. Gdzie dzisiaj jest Łotwa? Aby uniknąć takiego losu, potrzeba właśnie podmiotowości - silnego państwa, konkurencyjnej gospodarki, sprawnej armii, zręcznej dyplomacji i świado­mych rzeczywistości środowisk opiniotwórczych: mediów, świata nauki i ekspertów.

Wykorzystać szansę

Powie ktoś - bagatela! W polskich warunkach to marzenie ściętej głowy. Jak gospodarka moc­na, to państwo słabe, do słabej armii i marnej dyplomacji dodać trzeba opinię publiczną, która zawsze pochłonięta jest drugorzędnymi tema­tami, i media, które abdykowały dobrowolnie z rozumu, zawsze gotowe walkę o „pierwia­stek” nazwać „potrząsaniem szabelką”, za to teatralną, rozpaczliwą próbę zablokowania Eriki Steinbach przez Władysława Bartoszew­skiego - próbę, która stanowi przyznanie się do faktycznej porażki w sporze z Niemcami - odtrąbić jako „wielki sukces”.

Stąd są u nas także rozsądni ludzie, którzy to wszystko widzą, ale wnioski wyciągają zupeł­nie odmienne - Polski po prostu nie stać na podmiotowość. Nasze usytuowanie w czasie i przestrzeni to przekleństwo, a nie szansa i wyzwanie; przekonało się o tym najlepsze po­kolenie, jakie było w historii Polski - pokolenie Piłsudskiego, które zbudowało II Rzeczpospo­litą, i wychowane przez nie pokolenie Kolum­bów - pokolenie Armii Krajowej i Powstania Warszawskiego. Takie wysiłki koniec końców idą na marne, więc lepiej schować się w mysiej dziurze, przeczekać, zyskać na czasie, cieszyć się z rzeczy małych - choćby z tego, że ciepła woda leci z kranu, jak proponuje nam ostatnio „Dziennik”. Problem w tym, że Polska, o czym była już mowa, nie może zachowywać się tak jak małe kraje. Polska nie zmieści się w my­siej dziurze, bo po prostu jest za duża; może wprawdzie jak struś schować głowę w piasek, ale potencjalny drapieżca i tak ją wypatrzy, bo całą resztę będzie doskonale widać. Zresztą po co w zasadzie mamy zyskać na czasie? Po co mamy porzucić myśl o budowie podmioto­wości? Czyżby za dwadzieścia lat nastał świat bez zagrożeń? Wolne żarty. Prędzej okaże się za te dwadzieścia lat, że oto właśnie zemściły się dzisiejsze zaniechania. Z drugiej strony jest także wielu, którzy uważają, że nie sposób po­godzić „mocy” z wolnością; tych, którzy sądzą, że każdy projekt budowy realnej podmiotowo­ści zagraża idei demokracji i praw człowieka. Konfederacka, republikańska natura naszego patriotyzmu to tyleż błogosławieństwo, co przekleństwo. W czasach zagrożeń jest ona źródłem gotowości do poświęceń na skalę nie­znaną innym narodom; w czasach reformy, kie­dy trzeba wykorzystać szansę, staje się prze­szkodą, bo wszędzie wietrzy groźbę absolutum dominium. Stąd niechęć do zdecydowanego, konsekwentnego działania. Wystarczy przypo­mnieć sobie, jakie zdziwienie pomieszane ze złością wywołał Jarosław Marek Rymkiewicz swoją intelektualną prowokacją, jaką był tom Wieszanie, aby zrozumieć, że to postawa cią­gle, niestety, u nas żywa.

Wszystkie nasze wielkie spory po 1989 roku - spory o lustrację, o stosunek do PRL, o trans­formację - powinny być widziane właśnie z tej perspektywy. Spór o modernizację jest bowiem sporem o to, jak zbudować Polskę zamożną, cywilizacyjnie rozwiniętą - to oczywiste. Jednak ukrytym, podświadomym fundamen­tem tych wszystkich sporów jest przekonanie o tym, że Polacy powinni zbudować swoje nie­podległe państwo tak, aby rozwiązać problem, którego od 1709 roku nie potrafiło rozwiązać żadne polskie pokolenie, nawet mogące po­chwalić się największym sukcesem pokolenie II Rzeczypospolitej, czyli pokolenie Dmow­skiego i Piłsudskiego - zbudowane przez nie państwo przetrwało tylko dwie dekady. Jak przywrócić Polsce wewnętrzną moc i pozycję pozwalającą na bezpieczny rozwój w przy­szłości? Jest to pytanie palące, bowiem gdzieś w świadomości każdego przytomnego Polaka tkwi pytanie: ile mamy jeszcze czasu? To jest pytanie, które zadaje sobie każde kolejne poko­lenie od XVIII wieku. Czy zostało nam jeszcze dziesięć lat, dwadzieścia czy pięćdziesiąt, czy zostało nam jedno pokolenie, dwa czy trzy?

Bo nauczką, jaką Polacy wyciągnęli z dziejów od 1709 roku, jest to, że w określonym czasie i przestrzeni historia prędzej czy później orga­nizuje sesję egzaminacyjną i odpytuje z tego, co zostało przyswojone. I biada tym, którzy lekcji nie odrobili. Być może jest to polski fa­talizm, być może polska przesada, ale to jeden z podstawowych elementów myślenia Polaków o polityce i historii.

I to jest ukryta dynamika naszego sporu po 1989 roku. Z jednej strony są bowiem ludzie, którzy uważają, że po 1989 roku uzyskaliśmy wszystko, co można było, bo mamy instytucje niepodległego państwa. Z drugiej strony są ci, którzy od czasów „wojny na górze” mówili, że potrzebne jest przyspieszenie, drugi krok (w różnych momentach różnie bywało to nazy­wane), którzy zakładają, że niepodległość była pierwszym koniecznym krokiem, który musi być uzupełniony o drugi. Zdawało się po aferze Rywina, że spór ten został rozstrzygnięty na rzecz działania. Wybory 2005 roku przyniosły zwycięstwo sił politycznych, które zapowiada­ły działanie na rzecz budowy realnej podmioto­wości. A jednak wszystkie nadzieje na realną zmianę przepadły w szaleńczej mentalnej woj­nie domowej „rokoszan” z „konfederatami”, bo tak można określić Platformę Obywatelską i PiS. Przepadł „pierwiastek”, przepadła „tar­cza”, nastał kryzys, rozumiany znów, jak to u nas, jako zagrożenie, a nie szansa. A czas - ten czas, który na ogół nie jest dla nas zbyt łaskawy - nieubłaganie mija. Ile jeszcze go mamy?

Dariusz Gawin

Tekst pochodzi z 5. numeru rocznika Teologii Politycznej pt. "Złoty Róg, czyli nieodzyskana podmiotowość"

[1]   A. Bobkowski, Szkice piórkiem, Warszawa 1988, s. 425.

[2]    M. Hroch, Małe narody Europy. Perspektywa historyczna, tłum. G. Pańko, Wrocław-Warszawa-Kraków2003, s. 75 i n.

[3]    Lord Acton, O narodzie, [w:] tegoż, Historia wolności. Wybór esejów, wybór i wstęp P. Śpiewak, tłum. A. Branny, A. Gowin, P. Śpiewak, Kraków 1995, s. 105.

[4]    Najpełniejszą rekonstrukcję motywów mocarstw rozbiorowych dał w swej fundamentalnej pracy amerykański historyk Robert H. Lord-zob.: R.H. Lord, Drugi rozbiór Polski, tłum. A.Jaraczewski,Warszawa 1973.

[5]    J. Kitowicz, Pamiętniki, czyli Historia polska, oprać, i wstęp P. Matuszewska, Warszawa 2005, s. 67 i n.

[6]    Pisał o tym Andrzej Walicki, zob.: A. Walicki, Idea narodu w polskiej myśli oświeceniowej, Warszawa 2000.

[7]    A. Grześkokwiak-Krwawicz, Regina Libertas. Wolność w polskiej myśli politycznej XVIII wieku, Gdańsk 2006.

[8]    Por. Dzieje inteligencjipolskiej do roku 1918, a. 1: M.Janowski, Narodziny inteligencji(1750~1831),Warszawa2008.

[9] W. Witkowski, Pierwsze konstytucje nowożytne, Lublin 1995, s. 56.

[10] R. Koselleck, Kilka problemów z dziejów pojęcia „kryzys", [w:] O kryzysie. Rozmowy w Castel Gandolfo, oprać. K. Michalski, Warszawa 1990, s. 60.

Los Teologii Politycznej w Twoich rękach

Wpłać darowiznę
50 zł
Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
200 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.