Jako pierwszy postawił pytanie, które odtąd nie daje nam spokoju: jak pisać dzieje Rzeczypospolitej – jako kronikę faktów poddaną rozsądnej krytyce? Program naprawy państwa? Czy może jako opowieść o duchowej i politycznej tożsamości wspólnoty, która okazała się trwalsza od własnych instytucji?
W salach Biblioteki Załuskich, pośród (jak sam pisał) „zapleśniałych po archiwach i prywatnych bibliotekach papierów stosów”, uwija się cała kancelaria kopistów i registrantów. Nad przedsięwzięciem czuwa jezuita w biskupich fioletach, poeta królewskich obiadów czwartkowych, tłumacz Tacyta. Adam Naruszewicz gromadzi wszystko: prawa, traktaty, dyplomy, rachunki podskarbińskie, akta kościelne. Z tej benedyktyńskiej pracy wyrosną słynne Teki, przeszło dwieście tomów odpisów, istne repertorium polskiej pamięci. A wszystko po to, aby z niezmiernych ksiąg „ulepić jedną masę, wykształtować rozsądkiem jedno porządne i regularne ciało” i wreszcie „ożywić ten martwy zlepek duchem prawdy”. Przypadająca 8 lipca 230. rocznica śmierci biskupa łuckiego to dobra sposobność, aby przyjrzeć się temu dziełu z bliska. Tym bardziej, że historyk Rzeczypospolitej przeżył samą Rzeczpospolitą ledwie o kilka miesięcy: umierał latem 1796 roku, gdy po trzecim rozbiorze jego wielki projekt zdawał się tracić adresata.
Zatrzymajmy się na chwilę przy samej postaci, bo kryje się w niej pewien arcypolski paradoks. Oświecenie robili w Europie zazwyczaj radykałowie: encyklopedyści ostrzący pióra przeciwko ołtarzowi, wolnomyśliciele, salonowi szydercy. U nas tymczasem dźwigali je księża. Pijar Konarski reformował szkoły, jezuici Bohomolec i Albertrandi układali czasopisma i biblioteki, jezuita Poczobut patrzył w gwiazdy z wileńskiego obserwatorium, a jezuita Naruszewicz, późniejszy biskup, pisał historię narodu i przekładał Tacyta. Sporo to mówi o polskiej formie: nasz wiek świateł wyrastał z wnętrza tradycji, którą gdzie indziej zwalczał. I może właśnie dlatego spór z Naruszewiczem, który chcemy tu podjąć, pozostaje sporem rodzinnym, prowadzonym przy wspólnym stole, a nie przez barykadę.
Zanim jednak o sporze, trzeba oddać Naruszewiczowi, co do niego należy. Jego „Memoriał względem pisania historii narodowej”, złożony królowi w 1775 roku, należy do najważniejszych tekstów metodologicznych, jakie wydała polska kultura. Program brzmi zdumiewająco nowocześnie. Najpierw „rozsądna krytyka”, bez której wszystkie historie, „bądź najgładszym piórem napisane, czas zabierają bez pożytku”. Dalej odrzucenie bajek o Popielu i dynastycznych legend na rzecz dokumentów. Wreszcie przekonanie, że dziejopis ma badać prawa, traktaty, handel, rolnictwo, obyczaje, a więc, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, uprawiać historię totalną. „Krytyka uczy rozeznawać dobre od złego, pozór od prawdy; ważyć na szali rozumu sprawy ludzkie, wyśledzać ich przyczyny, roztrząsać sposoby, oceniać skutki”. Pół wieku przed Rankem i jego seminarium! Niepodobna zaprzeczyć: nowoczesne polskie myślenie historyczne rodzi się właśnie tutaj, w kancelarii biskupa, który zamiast powtarzać kronikarzy, kazał kopiować archiwa.
To przedsięwzięcie od początku miało swojego mecenasa i swój cel. „Historia narodu polskiego” powstawała na zamówienie Stanisława Augusta i w ścisłym związku z jego obozem reform, i dlatego też przeszłość została w niej uporządkowana podług potrzeb teraźniejszości. Diagnoza brzmiąca „jeśli Polska nasza miała szkodliwe od postronnej broni wzruszenia, srodzej ją nierównie wewnętrzne burze zamieszania”, a ich „niewyczerpanym źródłem” była „duma prywatnych magnatów” – jest dość czytelna, ostrze (pióra! – rzecz jasna) skierowane jest precyzyjnie. Stąd bohaterami tej opowieści są władcy jednoczyciele i prawodawcy: Kazimierz Wielki, sławiony „za mądre prawa, za twierdze ogromne”, oraz Łokietek, „kropla przedostatnia krwi Piastowej”, który rozdarte dzielnice „znowu w jedno spoiwszy, wskrzesił ojczyste zaszczyty”. Cieniem kładą się bezkrólewia, rokosze, zrywane sejmy, testament Krzywoustego. Stara Cyceronowa formuła historia magistra vitae znajduje tu swoje najdosłowniejsze wcielenie: dzieje stają się pedagogiką polityczną, lekcją silnej władzy udzielaną narodowi, który właśnie próbowano ratować reformą. Trzeba to zresztą otwarcie powiedzieć bez cienia zgorszenia: każda wielka historiografia rodziła się z podobnego splotu poznania i polityki. Tukidydes pisał dla Aten, Tacyt sądził cezarów, Naruszewicz układał przeszłość dla ratowania państwa.
Otóż problem zaczyna się piętro niżej, w samych założeniach oświeceniowej optyki. Naruszewicz patrzy na Rzeczpospolitą jak lekarz na chore ciało: państwo ma swoją duszę (rząd), swoje organy (instytucje) i swoje choroby (wewnętrzne niełady). Wystarczy zbadać mechanizm, wskazać usterki, przepisać kurację. W tej perspektywie dzieje Rzeczypospolitej zamieniają się z wolna w katalog błędów ustrojowych, a pytanie o to, czym ta forma polityczna była i skąd czerpała życie, ustępuje pytaniu, dlaczego mechanizm zawiódł. Tymczasem, jak przenikliwie zauważył Edmund Burke, rówieśnik Naruszewicza przyglądający się innemu wielkiemu eksperymentowi rozumu, wspólnota polityczna jest czymś znacznie więcej niż spółką akcyjną do handlu pieprzem i kawą: jest przymierzem między żywymi, umarłymi i tymi, którzy się dopiero narodzą. Res publica znaczy przecież dosłownie: rzecz wspólna. A rzeczy wspólnej nie sposób bez reszty rozpisać na paragrafy i procedury, bo jej właściwym tworzywem są cnoty, obyczaje, wiara i pamięć.
Postawmy zatem wprost pytanie, wokół którego dziejopisarz krążył. Czy Rzeczpospolita upadła dlatego, że zawiodły jej instytucje, czy też instytucje zawiodły dlatego, że wcześniej wyschły źródła: obywatelska cnota, poczucie służby, religijny fundament wolności? Pisaliśmy o tym przy okazji numerów o Mistrzu Wincentym i o odruchu republikańskim: polska forma polityczna trwała przede wszystkim mocą etosu wypełniającego jej ramy, sprawnej administracji nigdy zresztą nie mając w nadmiarze. I rzecz ciekawa: sam Naruszewicz zdawał się to przeczuwać, tyle że inaczej (paradoksalnie!) niż rozumem. Dość posłuchać jego strof o Łokietku, w których pulsują krew, zjednoczenie i wskrzeszenie, aby dostrzec, że poeta wiedział o Rzeczypospolitej więcej niż zideologizowany reformator. Uważny czytelnik tego jezuity doby upadku szybko dostrzeże, że jego proza często mierzy i sądzi, zaś poezja raczej pamięta i wyznaje.
Ostatecznie historia obeszła się z tym projektem przewrotnie. Reforma, której miał służyć, została zdławiona; państwo, które miał ratować, zniknęło z mapy. Ostały się (jeno!) Teki. Zaś człowiek, który chciał uczynić z dziejów narzędzie naprawy państwa, mimowolnie zbudował kapsułę pamięci dla narodu pozbawionego państwa. Z jego zbiorów i jego metody żyć będą całe pokolenia badaczy, z jego tez wzrośnie wielki dziewiętnastowieczny spór. Lelewel przeciwstawi szkole naruszewiczowskiej swoją republikańską wizję dziejów, później krakowscy pesymiści zetrą się z warszawskimi optymistami o to, czy upadek zawiniliśmy sami, czy zawiniła przemoc sąsiadów. Ten spór, przyznajmy, trwa do dziś, choć zmienił kostiumy i słowniki i nieco punkty odniesienia. Każda nasza debata o polityce historycznej, o podmiotowości i błędach, o tym, czy dzieje mają krzepić, czy sądzić, jest w istocie dalszym ciągiem rozmowy rozpoczętej przez biskupa łuckiego nad stosami pradawnych papierów.
I dlatego Naruszewicz pozostaje naszym współczesnym – a z pewnością patronem pewnego otwartego sporu. Ostatecznych odpowiedzi udzielić nie zdołał, za to jako pierwszy postawił pytanie, które odtąd nie daje nam spokoju: jak pisać dzieje Rzeczypospolitej – jako kronikę faktów poddaną rozsądnej krytyce? Program naprawy państwa? Czy może jako opowieść o duchowej i politycznej tożsamości wspólnoty, która okazała się trwalsza od własnych instytucji? W tym numerze chcemy przyjrzeć się z bliska temu przedsięwzięciu i jego twórcy. Kim był jezuita, który dał początek nowoczesnej polskiej historiografii? Czego nauczyła nas jego „rozsądna krytyka”, a co przesłoniła jego oświeceniowa optyka? I czy Rzeczpospolita, ta dawna i ta dzisiejsza, jest przede wszystkim mechanizmem do naprawienia, czy rzeczą wspólną do przekazania?
Jan Czerniecki
Redaktor naczelny

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
![Naruszewicz. Rzeczpospolita pamięci [TPCT 536]](/assets/cms/ContentImage/2026/_resampled/ScaleWidthWyI4MDAiXQ/Naruszewicz2.jpg)